Dlaczego amerykańska drużyna tenisa stołowego została wysłana do komunistycznych Chin mimo różnicy ideologicznej?

Dlaczego amerykańska drużyna tenisa stołowego została wysłana do komunistycznych Chin mimo różnicy ideologicznej?


We are searching data for your request:

Forums and discussions:
Manuals and reference books:
Data from registers:
Wait the end of the search in all databases.
Upon completion, a link will appear to access the found materials.

Stany Zjednoczone nałożyły embargo na Chiny, ponieważ walczyły z Chińczykami w Korei podczas wojny koreańskiej. Przez 20 lat żaden Amerykanin nie postawił stopy na terytorium ChRL. W końcu amerykańska drużyna tenisa stołowego została wysłana do Chin. Jak to było możliwe? Czy była to prywatna inicjatywa, czy część polityki zagranicznej USA.


Około roku 1971 prezydent Richard Nixon zdecydował się na politykę „normalizacji” stosunków z Chinami. Przybycie amerykańskiej drużyny pingpongowej było pierwszym „czującym” w tym procesie.

Następnie w 1972 r. miała miejsce historyczna wizyta prezydenta Nixona w Chinach, kończąca „zimną wojnę” między USA a Chinami.


Prawda czy fałsz: Chiny nadają się do roli gospodarza

Cztery lata temu, kiedy po raz pierwszy wjechałem do Pekinu, topole wzdłuż autostrady na lotnisku wydały mi się fałszywym i daremnym gestem. To było to, co jest teraz starą autostradą lotniska, pochodzącą z obecnego starego terminalu międzynarodowego. W tym momencie wszystko było dla mnie nowe i wydawało mi się rozsądne, aby przyjąć pewne założenia dotyczące tego, co dzieje się za oknem taksówki. Widziałem, że drzewa były mizerne — smukłe, szarozielone rzeczy, sadzone w prostych rzędach, na wpół znikające, gdy cofały się w brązowawym smogu.

A więc oto były Nowe Chiny: gałązka dziecięcego oddechu wpadła do komina.

Od tego czasu zrobiłem kilkadziesiąt podróży wzdłuż drogi ekspresowej, jako cykliczny gość i ostatecznie

od kilku lat jako mieszkaniec Pekinu. Mówię „mieszkaniec” w tym sensie, że mieszkamy tu z żoną, wynajmujemy mieszkanie i kupiliśmy kanapę, a nasz syn urodził się w mieście – choć legalnie, jako dziennikarz zagraniczny bez certyfikowanego stałego biura, jestem uzależniony od ciąg tymczasowych wiz. Cztery lata to dużo czasu w Pekinie, mieście, które gorączkowo się zmienia i odbudowuje. Topole zamieniły się w ścianę zieleni, która wydaje się nie mniej lub bardziej nieuczciwa niż pasy lasów, w których dorastałem w Ameryce, skrywając przed sobą podziały i autostradę.

Powietrze też stało się czystsze — nie czyste, nawet nie zbliżone do tego, co większość Amerykanów nazwałaby czystym, ale nie do nieprzerwanej, dławiącej się bajki z 2004 roku. Ruch samochodowy jest cały czas gęstszy, a kurz jest powszechny, ale stopniowe przemieszczanie przemysł z dala od centrum miasta sprawił, że rzeczy są mniej duszące. O ile mniej dusząca jest trwająca tajemnica, krytyczna lektura oficjalnych statystyk wyraźnie sugeruje, że władze majstrowały przy danych dotyczących jakości powietrza, aby sprostać stale rosnącej rocznej liczbie dni „błękitnego nieba” obiecanej Międzynarodowemu Komitetowi Olimpijskiemu. Mimo to niebo jest bardziej niebieskie i niebieskie częściej niż kilka lat temu. Rząd porzucił fikcję nazywania mroku „mgłą” zamiast „mgiełką”, a między najgorszymi jej epizodami mogą mijać tygodnie. Czasami w nocy pojawiają się gwiazdy.

Co więcej, pada deszcz: w mieście wyschniętym przez lata suszy, pogorszonym przez dławiące deszcz zanieczyszczenia, miniony czerwiec był najbardziej mokry od 15 lat. To prawda, że ​​miejskie Biuro Modyfikacji Pogody strzela w chmury pociskami artyleryjskimi z jodku srebra, aby pomóc deszczowi, ale bujny wzrost roślin i tak jest pocieszający.

Czy warunki będą wystarczająco zdrowe dla sportowców? Teraz dochodzimy do trudnej części. Z bliska odpowiedź wydaje się taka, że ​​powietrze prawdopodobnie nie powinno być takie złe — jeśli ograniczenia ruchu zdołają utrzymać połowę z trzech milionów prywatnych samochodów z dala od ulic, jeśli fabryki ograniczą produkcję, jeśli prace budowlane zatrzymają się zgodnie z harmonogramem , jeśli wiatr wieje z północy zamiast z przemysłowego południa i południowego wschodu.

Ale to tylko jedna mała część podstawowego, animującego pytania (lub problemu): czy Chiny nadają się do organizacji Letnich Igrzysk Olimpijskich? W przypadku niektórych segmentów Zachodu można na to odpowiedzieć prostym sylogizmem: igrzyska olimpijskie są dobre. Chiny są złe. Chiny nie powinny być gospodarzem Igrzysk Olimpijskich.

Niczym rozszerzalny worek na kółkach, wniosek ten można rozpiąć, aby pomieścić dowolną ideologię, jaką chciałbyś w niej nosić: antykomunizm, demokrację, niepodległość Tybetu, wolność prasy, ekologię, prawa pracownicze, otwartość Internetu, Darfur. Chiny mogą być niepokojącym i prowokującym miejscem do życia – stanem tak uregulowanym, że umundurowana policja zapukała do drzwi i weszła sprawdzić dokumenty mojej rodziny, system korporacyjny tak niekontrolowany, że szpital zażądał z góry pieniędzy przed nagłym cesarskim cięciem. Zewnętrzny sprzeciw jest tłumiony przez cenzurę, a wewnętrzny jest tłumiony przez więzienia.

A jednak we współczesnym apelu przeciwko Chinom jest wiele komplikacji: napięcia między rządem centralnym a despotycznymi lokalnymi urzędnikami, niepewne rozszerzenie praw własności, nowo serdeczne stosunki z Tajwanem, zwiększony nacisk kierownictwa na ograniczanie szkód w środowisku. Tyranie i wtargnięcia współistnieją w ciągle zmieniającej się równowadze z postępem, możliwościami i nadzieją. Jak czysty jest wystarczająco czysty? Jak otwarty jest wystarczająco otwarty? Jak za darmo jest wystarczająco za darmo?

Chiny nie zawsze ułatwiają mówienie o niuansach. Pomimo wszystkich obietnic współpracy i dostępu do prasy zagranicznej, biurokracja w dużej mierze tkwi w swoich nawykach podejrzliwości i odmowy współpracy wobec zagranicznych dziennikarzy – oraz wrogości wobec niezatwierdzonych chińskich dziennikarzy. Im bliżej zbliżają się Igrzyska, tym bardziej aparat bezpieczeństwa publicznego pokazuje, że nie pójdzie na kompromis w zakresie utrzymywania ścisłej kontroli: ustanawiania nowych punktów kontrolnych, dodawania uciążliwych wymogów wizowych, odwoływania imprez i występów według własnego uznania.

Zanim jednak postawimy Chiny przed sądem, powinniśmy zadać pytanie o drugą część sporu: jak dobre są igrzyska olimpijskie, znowu, dokładnie? W okresie poprzedzającym igrzyska chińscy krytycy wielokrotnie porównywali Pekin w 2008 roku do Berlina w 1936 roku. A kto chce być pronazistowski? Eksperci z przyjemnością zauważyli, że w czasie wiosennych protestów zakłócenie sztafety w kierunku Pekinu było rytuałem wymyślonym na hitlerowskie igrzyska. Ale to samo dotyczy monumentalnej olimpijskiej odnowy urbanistycznej i całego słownika bohaterskiej kinematografii olimpijskiej. Sugerowanie, że Igrzyska w Pekinie są wyjątkowo podobne do Berlina, oznacza świadome ignorowanie dziesięcioleci historii. Idealiści olimpijscy mają tendencję do mylenia rozejmu olimpijskiego – tymczasowego odłożenia międzynarodowych wrogości – ze starym końcem historii, pokojowym królestwem osiągniętym po stopniowej ewolucji świata w kierunku przyzwoitej liberalnej demokracji. Załóżmy tutaj, że igrzyska olimpijskie są poruszające i podnoszące na duchu, że w najlepszym razie dokonują trudnego wyczynu, jakim jest zapewnienie ujścia narodowej dumy przy jednoczesnym wspieraniu międzynarodowej harmonii. Igrzyska olimpijskie są także, co prawda, widowiskiem faszystowskim, podtrzymywanym przez globalny korporacjonizm. Przez ponad dwie dekady, w XXI wieku, I.O.C. przewodniczył były sekretarz sportowy dyktatury Franco. Ten sam zestaw zasad, który tego lata zabrania uczestnikom wymachiwania tybetańską flagą, zablokuje również możliwość rozwinięcia nieautoryzowanego banera reklamowego Nike.

Duża część sporu o Pekin dotyczy kwestii, czy polityka ma swoje miejsce na igrzyskach olimpijskich, czy nie. Protestujący na rzecz praw człowieka – lub, jeśli wolisz, separatyści z kliki Dalaja – proponują, aby igrzyska w Pekinie mogły być platformą krytyki Chin, na wzór słynnych salutów Black Power podczas Igrzysk w 1968 roku. Jednak na stoisku medalowym w Mexico City John Carlos i Tommie Smith w dużej mierze protestowali przeciwko niesprawiedliwości własnego kraju, a nie gospodarzy. Ten punkt staje się bardziej istotny w świetle faktu, że 10 dni przed tymi igrzyskami władze meksykańskie wysłały czołgi i wojska na plac publiczny, aby stłumić prodemokratyczne protesty, mordując setki demonstrantów. Po zapewnieniu pokoju igrzyska trwały dalej.

Jakich standardów olimpijskich nie spełniają Chiny? Historia Igrzysk jest po części historią przekupstwa, korupcji, oszustw i dopingu ze wszystkich form rządów i ze wszystkich zakątków świata: finał koszykówki mężczyzn USA-Związek Radziecki w 1972 roku, pływaczka z NRD Rica Reinisch , kanadyjski sprinter Ben Johnson, południowokoreański bokser Park Si Hun, amerykańska gwiazda lekkiej atletyki Marion Jones, chiński trener Ma Junren's Family Army biegaczy długodystansowych. Jest prawie pewne, że niektórzy sportowcy, którzy wspinają się na podium w Pekinie, aby mieć na szyi złoty medal z jadeitem, oddadzą te medale po tym, jak dopadnie ich egzekwowanie prawa narkotykowego.

Mimo to ludzie na całym świecie będą próbowali przełknąć swoje zastrzeżenia i objąć Igrzyskami. Pekin, mający swoje braki, przyjmuje je ze szczególnym entuzjazmem. Komitet organizacyjny Igrzysk Olimpijskich i prasa państwowa raz po raz opisują organizację Igrzysk jako spełnienie stuletnich ambicji. Nie odnosi się to do żadnych narodowych celów wyrażonych przez rozpadającą się dynastię Qing w 1908 roku, ale do pozornie niejasnego artykułu opublikowanego w Tianjin w tym roku – odkrytego, jak się wydaje, poprzez heroiczne badania stosowane. Prawdziwą datą rekordu jest rok 1949, kiedy Mao proklamował powstanie Republiki Ludowej i kiedy Chiny i świat zachodni odwróciły się od siebie plecami.

Uwięziony między międzynarodowym odrzuceniem a wewnętrznym zamieszaniem, komunistyczne Chiny nie wysłały drużyny na letnie igrzyska olimpijskie przez 32 lata, dobrowolne wygnanie, które ostatecznie zakończyło się w 1984 roku. W czasach zimnej wojny na Zachodzie było coś komicznego w ograniczonych osiągnięciach sportowych Chin przez dziesięciolecia: były tu setki milionów ludzi, a wszystko, w czym byli dobrzy, to ping-pong. To, że byli w tym zaciekle dobrzy, tylko sprawiało, że było śmieszniej. Ale podstawowy powód był w dużej mierze geopolityczny: w latach pięćdziesiątych międzynarodowa federacja tenisa stołowego — kierowana przez brytyjskiego komunistę — powitała Chiny, nawet gdy rozpadły się relacje tego kraju z resztą świata sportu.

Chiński entuzjazm dla tenisa stołowego jest więc nie tyle oznaką wyspiarskiego charakteru, ile praktycznego i katolickiego podejścia do lekkoatletyki. To jest podstawa chińskiego planu zdobycia w tym roku złotego medalu – poszukiwania zaniedbanych sportów, takich jak kajakarstwo, i wlewania w nie zasobów. Zwycięstwo to zwycięstwo, a kraj jest w stanie na bieżąco wymyślać nowe sportowe priorytety. Odzwierciedla to jednak również odpowiednio olimpijską otwartość, lokalną wersję międzynarodowego ducha, który wprowadził BMX w dziesiątkę i skok w dal. Oglądanie kanałów sportowych w chińskiej telewizji jest dla amerykańskiego widza jak oglądanie starego „Wide World of Sports” rozciągniętego w nieskończoność: pływanie, siatkówka kobiet, piłka nożna europejska, wyścigi Formuły 1, koszykówka pomniejszych lig, walki byków – przez całą dobę i tak dalej. rok. Kiedy Pekin był gospodarzem światowego turnieju snookera w 2006 roku, przez kolejne tygodnie w telewizji były pokazywane mecze snookera z Wysp Brytyjskich.

Mimo to świat tak naprawdę nie patrzy, czy Chiny mogą osiągnąć najwyższy międzynarodowy poziom strzelania do pułapek lub szpady. 8 sierpnia ma upamiętnić transformację Pekinu z ponurej, zakurzonej, totalitarnej stolicy w błyszczącą międzynarodową destynację. Maksymalistyczne przygotowania — najbardziej awangardowy stadion w historii! Największy korpus wolontariuszy! Najliczniejsze maskotki z kreskówek! — są częścią jeszcze wspanialszej metamorfozy całego miasta, jako symbol narodu przekształconego w centrum dobrobytu i wpływów w nowym stuleciu. Łączny areał placów budowy w Pekinie jest półtora razy większy od Manhattanu. Goście olimpijscy znajdą nowo otwarte linie metra, wszędzie nowe witryny sklepowe, nową panoramę śródmieścia z pionową pętlą budynku Chińskiej Telewizji Centralnej Rema Koolhaasa naprzeciwko 74-piętrowego szybu chińskiego World Trade Center Tower 3, w kolosalnym freudowskim kontraście po drugiej stronie Trzeciej Obwodnica. Będzie 30 milionów doniczek. W znacznej części miasta będzie dostępna bezpłatna sieć bezprzewodowa, przynajmniej do końca igrzysk.

Z zewnątrz istnieje tendencja do postrzegania całego nagromadzenia jako potiomkinizmu, spektaklu wystawianego, aby oszukać zwiedzających. Pod pewnymi względami może tak być — spróbuj skorzystać z bezpłatnego bezprzewodowego dostępu do Blogspot, Tibet.org, a nawet strony internetowej BBC i zobacz, co się stanie — ale ludzie w Pekinie, zarówno Chińczycy, jak i obcokrajowcy, wciąż wymyślają inną analogię: przygotowania do olimpiady są jak sprzątanie domu w pośpiechu przed przybyciem towarzystwa. Bałagan wpycha się do szafek lub pod łóżkiem wycierasz łazienkę, z której będą korzystać goście, chowasz brudne naczynia i wykopujesz pasujące widelce i serwetki. Nie tak żyjesz na co dzień.

Oszukujesz swoich gości? A może pokazujesz im, jak byś żył, gdyby było inaczej?


POWIĄZANE ARTYKUŁY

Podczas gdy władze Szkoły Publicznej w hrabstwie Loudoun twierdzą, że oficjalnie nie używają CRT w swoich klasach, zobowiązali się dążyć do „sprawiedliwości” i zaczęli używać wielu „modnych słów i koncepcji” CRT.

Ta decyzja rozgniewała wielu mieszkańców hrabstwa Loudoun, które znajduje się na obrzeżach Waszyngtonu i jest najbogatszym hrabstwem w całym kraju.

Lilit Vanetsyan, która uczy w sąsiednim hrabstwie Fairfax w stanie Wirginia, również przemawiała na spotkaniu rady szkolnej hrabstwa Loudoun w środę wieczorem

Krytyka Van Fleet została powtórzona przez nauczycielkę Lilit Vanetsyan, która w swoim płomiennym przemówieniu w środę wieczorem oskarżyła członków rady szkolnej o umożliwienie nauczycielom radykalnie liberalnych planów lekcji kosztem edukacji uczniów i zdrowia psychicznego.

Vanetsyan, który uczy w sąsiednim hrabstwie Fairfax w stanie Wirginia, również przemawiał na środowym spotkaniu w hrabstwie Loudoun, zwracając się nie tylko do członków rady szkolnej, ale także do rodziców i uczniów.

„Rodzice, im dłużej czekacie i nie macie odpowiedzialności za szkołę swojego dziecka, daje to tym facetom więcej czasu na dyktowanie, co jest najlepsze dla zdrowia fizycznego, psychicznego i emocjonalnego dziecka” – oświadczył Vanetsyan.

Następnie zwróciła się bezpośrednio do uczniów, mówiąc: „Jesteście na pierwszej linii tych obozów indoktrynacyjnych. Rzuć wyzwanie personelowi, gdy otrzymasz absurdalne stwierdzenie i nie pozwól nikomu powiedzieć, że nie możesz niczego osiągnąć z powodu koloru skóry lub nienawidzić siebie z powodu koloru skóry.

„Uczniowie, od was zależy, czy będziecie następną generacją ofiar lub zwycięzców”.

Chińska Rewolucja Kulturalna: Zamknięcie debaty, sprzeciwu i wolności słowa, które spowodowały śmierć 20M w latach 1966-1976

Rewolucja Kulturalna była gwałtowną czystką polityczną, która miała miejsce w Chinach w latach 1966-1976.

W tym czasie Mao Zedong, przewodniczący Komunistycznej Partii Chin, próbował oczyścić resztki kapitalizmu, zamykając debatę, sprzeciw i wolność słowa.

Przez dziesięć lat zwolennicy Przewodniczącego Mao palili książki, burzli posągi i wymordowali miliony wiernych „czterem starociom” — stare idee, kultura, zwyczaje i zwyczaje

Wyobraził sobie „komunistyczną utopię” z masową redystrybucją bogactwa – ale to, co się wydarzyło, było 10-letnią kampanią, która przyniosła powszechne cierpienie i zniszczenie wielu starożytnych norm kulturowych Chin.

Mao naciskał na utworzenie „Czerwonej Gwardii” – grup bojowych studentów i uczniów szkół średnich, którzy zostali umieszczeni w jednostkach paramilitarnych.

Młodych rekrutów karmiono propagandą i stosunkowo łatwo było na nich wpływać ze względu na ich młody wiek. Ich celem było zniszczenie symboli z przedkomunistycznej przeszłości Chin – znanych jako „Cztery Przedawnienia”: Stare Idee, Stara Kultura, Stare Przyzwyczajenia i Stare Zwyczaje.

The New York Times donosi, że „Czerwona Gwardia utworzyła duże grupy, których celem byli wrogowie polityczni w celu nadużyć i publicznego poniżenia oraz że „dokonali masowego niszczenia miejsc historycznych i zabytków kultury”.

Roger Lewis napisał w The Daily Mail w 2016 roku, że „Mao widział, że młodzi są wrażliwi, łatwo manipulować i chętni do walki. Tak zwani Czerwonogwardziści byli wielomilionową „krzyczącą, zadufaną w sobie bandą”, która wpadła w szał.

Czerwonogwardziści często włamywali się do domów i niszczyli obrazy i książki. Wymagano od nich również zgłaszania dysydentów, a nawet pozwolono im zadawać im obrażenia cielesne. Ich głównym celem były uniwersytety, a Czerwonogwardziści zamieniali się w ryczący tłum, który publicznie próbowałby zniszczyć tych, którzy mają różne punkty widzenia.

Na zdjęciu: Czerwona Gwardia czytająca Małą Czerwoną Książeczkę Mao w Pekinie, 1966 r.

W zeszłorocznym artykule dla The Mail profesor John Gray stwierdził: „Porównywanie metod tego 'przebudzonego ruchu' z metodami Czerwonej Gwardii przewodniczącego Mao, którzy terroryzowali Chińczyków pół wieku temu, nie jest zbyt daleko idące”.

„Polowanie na ludzi uderzająco przypomina rewolucję kulturalną Mao, która zniszczyła większość tego, co pozostało ze starożytnej cywilizacji kraju” – napisał.

„Jedynym sposobem, w jaki ktoś oskarżony o przestępstwo myślowe mógł uniknąć kary, było publiczne przyznanie się do winy, „reedukacja” i nikczemne przeprosiny podczas tak zwanych „sesji walki”, podczas których byli poniżani i dręczeni przez swoich oskarżycieli – kontynuował Gray.

„To tragiczne, że ruch obudzonych na nowo wymyślił ten podły rytuał, w którym nauczyciele, dziennikarze, profesorowie i inni starają się utrzymać swoją pracę, rozpaczliwie błagając o przebaczenie” – podsumował.

Rewolucja kulturalna spowodowała śmierć od 500 000 do 20 milionów ludzi w ciągu jednej dekady.

Członek Czerwonej Gwardii obcina włosy gubernatorowi podczas rewolucji kulturalnej przewodniczącego Mao w Chinach w 1966 r.

Nacisk na włączenie „modnych słów i koncepcji” CRT rozgniewał wielu mieszkańców hrabstwa Loudoun – które znajduje się na obrzeżach Waszyngtonu i jest najbogatszym hrabstwem w całym kraju

Na stronach internetowych partnerów Equity Partner w Loudoun County Public School dostępny jest slajd „Racial Equity Tools”, który szczegółowo opisuje charakterystykę „kultury białej supremacji”.

Przemówienie Vanetsyana następuje po tym, jak edukatorka Monica Gill – która uczy rządu AP w okręgu Loudoun w stanie Wirginia – powiedziała Fox News, że dążenie okręgu szkolnego do „włączenia” ironicznie podsyciło dalsze podziały w jej społeczności z wyższych sfer.

„Mówi się nam, że żyjemy w hrabstwie, które cierpi z powodu rasizmu systemowego i myślę, że cała ta idea wyrządziła jedynie szkodę naszej społeczności i naszej szkole, odkąd zaczęli forsować sprawiedliwość” – powiedziała w kwietniu.

„Mogę powiedzieć, że jedno jest pewne, to było destrukcyjne, ponieważ są rodzice, którzy nie zgadzają się z tą ideologią, są nauczyciele, którzy się z nią nie zgadzają, są uczniowie, którzy się z nią nie zgadzają – i jest to szkodliwe” – stwierdziła. .

Rodzic Loudoun, Scott Mineo, założył stronę internetową Parents Against Critical Race Theory, która śledzi użycie CRT w klasach.

Monica Gill – która uczy rządu AP w hrabstwie Loudoun w stanie Wirginia – powiedziała Fox News, że dążenie okręgu szkolnego do „włączenia” jak na ironię podsyciło dalszy podział w jej społeczności z wyższych sfer

Według jednego z postów na stronie internetowej, na stronach internetowych partnera ds. kapitałowych Loudoun County Public School zatytułowanych „Narzędzia dotyczące równości rasowej” znajduje się slajd, który szczegółowo opisuje charakterystykę „kultury białej supremacji”.

Cechy charakterystyczne to „kult słowa pisanego”, „paternalizm” i „albo/albo myślenie”.

Tymczasem niektórzy rodzice twierdzą nawet, że przeciwnicy CRT są „rasistami”.

W zeszłym tygodniu kamery telewizyjne uchwyciły moment, w którym sąsiad został zniechęcony przez sąsiada, kiedy wyjaśniła, jak przyjaciele i rodzina zwrócili się przeciwko niej, ponieważ sprzeciwiła się nauczaniu CRT.

Mama dwójki dzieci Jessica Mendez powiedziała Fox News, że została napiętnowana jako rasistka po próbie zablokowania kontrowersyjnych lekcji.

– Moja własna rodzina otwarcie mnie krytykowała i pytała, wiesz, co jest ze mną nie tak? Wiesz, dlaczego nie zrozumiałem? , powiedział dziennikarzowi Fox News.

Ale podczas wywiadu można było zobaczyć przechodzącą sąsiadkę w tle, gdzie podniosła dwa środkowe palce na Mendeza i kamerę.

– Myślałem, że mam dobrego przyjaciela – dodał Mendez.

„Jestem teraz naprawdę zraniony, ponieważ myślałem, że mamy dobre stosunki, że mogę być konserwatywny, a ona liberalna, a my nadal możemy być przyjaciółmi. Chyba się myliłem.

Czym jest krytyczna teoria rasy? Koncepcja dzieląca naród, która twierdzi, że instytucje amerykańskie są z natury rasistowskie

Walka o krytyczną teorię rasową w szkołach nasiliła się w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatniego roku.

Teoria ta wywołała zaciekłą ogólnonarodową debatę w następstwie protestów Black Lives Matter w całym kraju w ciągu ostatniego roku i wprowadzenia Projektu 1619.

Projekt 1619, opublikowany przez New York Times w 2019 r., aby uczcić 400 lat od przybycia pierwszych zniewolonych Afrykanów na amerykańskie wybrzeża, zmienia ramy amerykańskiej historii, „umieszczając konsekwencje niewolnictwa i wkładu czarnych Amerykanów w centrum Stanów Zjednoczonych narracja'.

Debata wokół krytycznej teorii rasowej dotyczy obaw, że niektóre dzieci są indoktrynowane w myśleniu, że biali ludzie są z natury rasistami lub seksistami.

Ci, którzy sprzeciwiają się krytycznej teorii rasowej, argumentowali, że sprowadza ona ludzi do kategorii „uprzywilejowanych” lub „uciskanych” na podstawie koloru skóry.

Zwolennicy twierdzą jednak, że teoria jest niezbędna do wyeliminowania rasizmu, ponieważ bada sposoby, w jakie rasa wpływa na amerykańską politykę, kulturę i prawo.


Biden ciągle mówi, że gospodarka podupadała, zanim przybył do Białego Domu

W trakcie swojej kampanii na rzecz demokratów w Kongresie, aby przecisnąć jego kosztowną propozycję infrastruktury przez obie izby, Biden wielokrotnie twierdził, że gospodarka podupadła, zanim przybył do Białego Domu.

“Pamiętaj, kiedy objąłem urząd w styczniu, nasza gospodarka znalazła się w korku” – powiedział Biden w zeszłym tygodniu.

Jak donosił Wall Street Journal, “Biden wypowiedział te słowa osiem dni po tym, jak Biuro Analiz Ekonomicznych jego Departamentu Handlu poinformowało, że realny produkt krajowy brutto Stanów Zjednoczonych ‘wzrósł w rocznym tempie 6,4 procent w pierwszym kwartale 2021 roku. #8221

Biden twierdzi, że jego plan infrastrukturalny będzie dobry dla USA, a nawet potencjalnie pobudzi gospodarkę, ale jak zauważyła The Tax Foundation, federalne koszty wydatków ostatecznie przeważą korzyści dla Amerykanów.

“ Szacujemy, że wydatki na infrastrukturę zwiększyłyby długoterminowy PKB o 0,3 procent, ale ten pozytywny efekt ekonomiczny jest całkowicie równoważony przez wzrost opodatkowania przedsiębiorstw, co skutkuje mniejszymi inwestycjami przedsiębiorstw, co zmniejsza PKB o 0,5 procent w długim okresie, obniża płace o 0,5 procent i eliminuje 101 000 pełnoetatowych miejsc pracy, sugeruje analiza Tax Foundation's The American Jobs Plan.


Trendy empiryczne w zewnętrznym zaangażowaniu CPC

W przeciwieństwie do większości innych departamentów Komitetu Centralnego, ID-CPC ma dobrze utrzymaną stronę internetową, na której obszernie relacjonuje swoją międzynarodową działalność na wysokim szczeblu od 2002 roku. 4 Dokumentacja CPC zwykle ujawnia, z kim CPC współpracuje, gdzie i kiedy. W niektórych przypadkach ID-CPC podaje również krótkie opisy omawianych tematów. Na ogół informuje o spotkaniach, w których biorą udział urzędnicy wysokiego szczebla, tacy jak minister lub wiceministrowie ID-CPC, szefowie i wiceszefowie innych departamentów Komitetu Centralnego lub wysocy rangą urzędnicy partyjni. W sumie pobraliśmy 5080 (w języku angielskim) wiadomości zawierających ogłoszenia i opisy wizyt między stronami lub spotkań z innymi przedstawicielami zagranicznymi, a także pisemne wyrazy współczucia, takie jak gratulacje lub kondolencje. Skrupulatne raportowanie przez KPCh jej działań wpisuje się w strategiczne zmiany w polityce zagranicznej Chin. ID-CPC stworzyło swoją stronę internetową na początku XXI wieku, kiedy chiński rząd uruchomił program dyplomacji publicznej i zachęcał różne podmioty do informowania o swoich działaniach (Zhao 2015, 189). Publiczne informowanie o tym, kto spotyka się z CPC, ma na celu uznanie zasadności rządów CPC i pokazanie krajowym i międzynarodowym odbiorcom, że CPC ma wielu przyjaciół.

Przed dalszą analizą pewne refleksje na temat danych są w porządku. Będąc produktem samego ID-CPC, dane zawierają to, co ID-CPC chce, abyśmy przeczytali. Aby lepiej zrozumieć potencjalne błędy w raportowaniu, dokonaliśmy triangulacji danych z innymi źródłami. Przeprowadziliśmy wywiady z 16 uczestnikami wymiany między stronami z Afryki, Europy i Chin, aby zidentyfikować potencjalne zaniżanie danych. 5 Dokonaliśmy również triangulacji informacji uzyskanych z wiadomości w lokalnych gazetach w tych krajach Afryki i Azji, w których bylibyśmy najbardziej podejrzliwi, jeśli chodzi o zaniżanie informacji. Skupiliśmy się szczególnie na krajach, w których relacje są kontrowersyjne i dlatego można się spodziewać zaniżenia raportów, np. w krajach, które mają napięte relacje z Chinami lub utrzymują stosunki z Tajwanem. O ile możemy sądzić z wywiadów i analizy prasy lokalnej, udokumentowane na stronie wzorce odwiedzin wydają się wiarygodnym wskaźnikiem wskazującym na częstotliwość kontaktów na wysokim szczeblu między KPCh a jej partnerami zagranicznymi.

Liczymy łącznie 3658 kontaktów delegacji z bezpośrednią interakcją między ID-CPC a przedstawicielami zagranicznymi w latach 2002-2017. Spośród nich 2610 kontaktów ma miejsce między ID-CPC a stronami zagranicznymi. W kolejnych 1048 przypadkach partnerami interakcji są przedstawiciele państwa lub instytucji państwowych bez zgłoszonej przynależności do partii (np. królowie lub dyplomaci), instytucje badawcze lub podmioty gospodarcze. Każdą interakcję między partiami liczymy tylko raz, nawet jeśli wizyta jednej i tej samej delegacji partii jest opisana w kilku wiadomościach. Gdy wiadomość opisuje kilka spotkań z partnerami z różnych stron podczas jednej wizyty delegacji ID-CPC w obcym kraju, uważamy, że każda ze stron ma jedną interakcję z ID-CPC.

Liczba kontaktów KPCh z przedstawicielami partii i bezpartyjnych znacznie wzrosła w latach 2002-2017 (wykres 1). Szczególnie po przejęciu przez prezydenta Xi w 2012 r. nastąpił gwałtowny wzrost działalności ID-CPC. KPCh kontaktuje się głównie z innymi urzędnikami partyjnymi. Kontakty pozapartyjne są znacznie rzadsze. Zgodnie z własną dokumentacją CPC identyfikujemy kontakty z 462 różnymi partiami politycznymi w 161 krajach w latach 2002-2017. 6 ID-CPC generalnie przyjmuje gości w Pekinie częściej niż podróżuje za granicę na spotkania (rysunek 2). Nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że ID-CPC musi zainwestować więcej środków na podróże zagraniczne niż na przyjmowanie zagranicznych gości w Chinach.

Liczba kontaktów ID-CPC z przedstawicielami partyjnymi i bezpartyjnymi.


KPCh wykorzystuje swoją siłę nabywczą do wielkiej przewagi

Po 10 latach praktyki Komunistyczna Partia Chin opanowała sztukę dyplomacji przy zamówieniach. Umiejętność znajduje odzwierciedlenie w kontroli czasu. Chiny dość skutecznie zwiększają wpływ dyplomatyczny zamówienia poprzez wydłużenie okresu działań zakupowych lub wydłużenie procesu kontraktacji. W dawnych czasach dyplomacja zamówienia była zazwyczaj jednorazową transakcją, która trwała krócej niż miesiąc. Jednak w późniejszych latach CCP opracował bardziej skuteczną strategię, wydłużając proces zakupu, wysyłając partiami delegacje w celu składania zamówień. Zamówienia te zostały umieszczone strategicznie przed i po wizytach ich kluczowego lidera. Czasami zajęcia trwają dłużej niż sześć miesięcy.

Na przykład między listopadem 2003 r. a styczniem 2004 r. do Stanów Zjednoczonych wysłano cztery delegacje ds. zakupów. Zamówienia obejmowały samoloty, samochody, soję i sprzęt telekomunikacyjny. Całkowity okres trwał ponad dwa miesiące. 18 listopada 2003 r. rząd USA nagle ogłosił, że ustanowi ograniczenia kontyngentowe na import chińskich tkanin, szlafroków i gorsetów. Ponieważ ogłoszenie miało miejsce w trakcie trwających działań zakupowych z Chin, Pekin w porę zareagował, zawieszając jedną delegację, która miała skupować soję ze Stanów Zjednoczonych. Zawieszenie wywarło dużą presję na amerykańskie rynki rolne. Kilku członków Kongresu z głównych stanów produkujących soję i pszenicę, w tym przywódca senackich Demokratów Tom Daschle, wywierało presję na administrację Busha i ostatecznie doprowadziło do ustępstw ze strony rządu USA. Chiny przywróciły delegację skupu soi kilka tygodni później.

Umiejętności chińskiej dyplomacji komunistycznej w negocjacjach handlowych osiągnęły nowy poziom wraz z wydłużeniem czasu trwania procesu kontraktowania. Pekin uniknie zawarcia dużej umowy, ale zamiast tego zacznie od umowy ramowej lub umowy intencji, a ostatecznie podpisze kontrakt podczas wizyt na wysokim szczeblu. Zamówienia zakupu samolotów odbywały się zazwyczaj w ten sposób. Od pierwotnego zamiaru zakupu do ostatecznego podpisania kontraktu, odbyły się trzy lub cztery rundy oficjalnego procesu potwierdzania, trwającego od dwóch do trzech lat. Każdy proces konfirmacji stwarzałby potrzebę dobrej atmosfery dyplomatycznej i politycznej z obu stron, skutecznie wydłużając w ten sposób okres, w którym KPCh kontroluje stosunki dwustronne. Ten sposób negocjacji pokazał dojrzewanie chińskich umiejętności komunistycznych w osiąganiu pożądanych wyników.

Oczywiście każdy duży nabywca będzie miał dużą przewagę w negocjacjach handlowych. Taka jest również natura bycia dużym nabywcą w systemie kapitalistycznym.


W Chinach zamykają kościoły, więzią pastorów – a nawet przepisują Pismo Święte

Pod koniec października pastor jednego z najbardziej znanych podziemnych kościołów w Chinach zapytał swoją kongregację: czy z powodzeniem szerzyli ewangelię w całym swoim mieście? „Jeśli jutro rano Kościół Przymierza Wczesnego Deszczu nagle zniknie z miasta Chengdu, jeśli każdy z nas rozpłynie się w powietrzu, czy to miasto będzie inne? Czy ktoś za nami tęskni? - powiedział Wang Yi, pochylając się nad amboną i zatrzymując się, aby pytanie zaciążyło na słuchaczach. "Nie wiem."

Prawie trzy miesiące później hipotetyczny scenariusz Wanga zostaje poddany próbie. Kościół w południowo-zachodnich Chinach został zamknięty, a Wang i jego żona Jiang Rong pozostają w areszcie po tym, jak w grudniu policja aresztowała ponad 100 członków kościoła Early Rain. Wielu z tych, którzy nie zostali zatrzymani, ukrywa się. Inni zostali odesłani z Chengdu i zabroniono im powrotu. Niektórzy, w tym matka Wanga i jego mały syn, są pod ścisłą obserwacją. Wang i jego żona zostali oskarżeni o „podżeganie do działalności wywrotowej”, przestępstwo, za które grozi kara do 15 lat więzienia.

Now the hall Wang preached from sits empty, the pulpit and cross that once hung behind him both gone. Prayer cushions have been replaced by a ping-pong table and a film of dust. New tenants, a construction company and a business association, occupy the three floors the church once rented. Plainclothes police stand outside, turning away those looking for the church.

One of the officers told the Observer: “I have to tell you to leave and watch until you get in a car and go.”

Wang Yi, pastor of the Early Rain church, who was arrested and detained three months ago, along with his wife. Photograph: Early Rain/Facebook

Early Rain is the latest victim of what Chinese Christians and rights activists say is the worst crackdown on religion since the country’s Cultural Revolution, when Mao Zedong’s government vowed to eradicate religion.

Researchers say the current drive, fuelled by government unease over the growing number of Christians and their potential links to the west, is aimed not so much at destroying Christianity but bringing it to heel.

“The government has orchestrated a campaign to ‘sinicise’ Christianity, to turn Christianity into a fully domesticated religion that would do the bidding of the party,” said Lian Xi, a professor at Duke University in North Carolina, who focuses on Christianity in modern China.

Over the past year, local governments have shut hundreds of unofficial congregations or “house churches” that operate outside the government-approved church network, including Early Rain. A statement signed by 500 house church leaders in November says authorities have removed crosses from buildings, forced churches to hang the Chinese flag and sing patriotic songs, and barred minors from attending.

Churchgoers say the situation will get worse as the campaign reaches more of the country. Another church in Chengdu was placed under investigation last week. Less than a week after the mass arrest of Early Rain members, police raided a children’s Sunday school at a church in Guangzhou. Officials have also banned the 1,500-member Zion church in Beijing after its pastor refused to install CCTV.

In November the Guangzhou Bible Reformed Church was shut for the second time in three months. “The Chinese Communist party (CCP) wants to be the God of China and the Chinese people. But according to the Bible only God is God. The government is scared of the churches,” said Huang Xiaoning, the church’s pastor.

Local governments have also shut the state-approved “sanzi” churches. Sunday schools and youth ministries have been banned. One of the first signs of a crackdown was when authorities forcibly removed more than 1,000 crosses from sanzi churches in Zhejiang province between 2014 and 2016.

“The goal of the crackdown is not to eradicate religions,” said Ying Fuk Tsang, director of the Christian Study Centre on Chinese Religion and Culture at the Chinese University of Hong Kong. “President Xi Jinping is trying to establish a new order on religion, suppressing its blistering development. [The government] aims to regulate the ‘religious market’ as a whole.”

While the CCP is officially atheist, Protestantism and Catholicism are two of five faiths sanctioned by the government and religious freedom has been enshrined in the constitution since the 1980s. For decades, authorities tolerated the house churches, which refused to register with government bodies that required church leaders to adapt teachings to follow party doctrine.

Members of the Early Rain Covenant Church pray during a meeting in their church before it was shut down in December 2018.

As China experienced an explosion in the number of religious believers, the government has grown wary of Christianity and Islam in particular, with their overseas links. In Xinjiang, a surveillance and internment system has been built for Muslim minorities, notably the Uighurs.

Xi has called for the country to guard against “infiltration” through religion and extremist ideology.

“What happens in Xinjiang and what happens to house churches is connected,” said Eva Pils, a professor of law at King’s College London, focusing on human rights. “Those kinds of new attitudes have translated into different types of measures against Christians, which amount to intensified persecution of religious groups.”

There are at least 60 million Christians in China, spanning rural and urban areas. Congregation-based churches can organise large groups across the country and some have links with Christian groups abroad.

Pastors such as Wang of Early Rain are especially alarming for authorities. Under Wang, a legal scholar and public intellectual, the church has advocated for parents of children killed in the 2008 Sichuan earthquake – deaths many critics say were caused by poor government-run construction – or for families of those affected by faulty vaccines. Every year the church commemorates victims of the 4 June protests in 1989, which were forcibly put down by the Chinese military.

“Early Rain church is one of the few who dare to face what is wrong in society,” said one member. “Most churches don’t dare talk about this, but we obey strictly obey the Bible, and we don’t avoid anything.”

Wang and Early Rain belong to what some see as a new generation of Christians that has emerged alongside a growing civil rights movement. Increasingly, activist church leaders have taken inspiration from the democratising role the church played in eastern European countries in the Soviet bloc or South Korea under martial law, according to Lian. Several of China’s most active human rights lawyers are Christians.

“They have come to see the political potential of Christianity as a force for change,” said Lian. “What really makes the government nervous is Christianity’s claim to universal rights and values.”

Catholics wait to take communion during the Palm Sunday mass at a ‘house church’ near Shijiazhuang. Photograph: Kevin Frayer/Getty Images

As of 2018, the government has implemented sweeping rules on religious practices, adding more requirements for religious groups and barring unapproved organisations from engaging in any religious activity. But the campaign is not just about managing behaviour. One of the goals of a government work plan for “promoting Chinese Christianity” between 2018 and 2022 is “thought reform”. The plan calls for “retranslating and annotating” the Bible, to find commonalities with socialism and establish a “correct understanding” of the text.

“Ten years ago, we used to be able to say the party was not really interested in what people believed internally,” said Pils. “Xi Jinping’s response is much more invasive and it is in some ways returning to Mao-era attempts to control hearts and minds.”

Bibles, sales of which have always been controlled in China, are no longer available for purchase online, a loophole that had existed for years. In December, Christmas celebrations were banned in several schools and cities across China.

“Last year’s crackdown is the worst in three decades,” said Bob Fu, the founder of ChinaAid, a Christian advocacy group based in the US.

In Chengdu, Early Rain has not vanished. Before the raid, a plan was in place to preserve the church, with those who were not arrested expected to keep it running, holding meetings wherever they could. Slowly, more Early Rain members are being released. As of 9 January, 25 were still in detention.

They maintain contact through encrypted platforms. On New Year’s Eve, 300 people joined an online service, some from their homes, others from cars or workplaces, to pray for 2019. Others gather in small groups in restaurants and parks. One member, a student who was sent back to Guangzhou, said he preaches the gospel to the police who monitor him.

The church continues to send out daily scripture and posts videos of sermons. In one, pastor Wang alludes to the coming crackdown: “In this war, in Xinjiang, in Shanghai, in Beijing, in Chengdu, the rulers have chosen an enemy that can never be imprisoned – the soul of man. Therefore they are doomed to lose this war.”


Why was the US table tennis team sent to communist China even after a difference in ideology? - Historia

Historically, Americans have not been very effective in dealing with the radical mindset. Like Neville Chamberlain, who really believed the growing hostility with Hitler’s Germany was just a big misunderstanding, Americans have too often believed that if we could only sit down with the Osama bin Ladens of the world they would see that we are a sincere, reasonable people and violence is of no benefit to anyone.

Tucker Carlson wondered why airborne units aren’t used to quell the rioting. They were once.

Contained in the century-long slow leak of Christianity from Western culture are many things of value, not the least of which is the doctrine of evil. Now, a vaguely expressed secular notion that people are basically good and are motivated by similar desires and felt needs is the reigning paradigm.

But conflict with some people, some nations, and some groups is not a question of mutual understanding. It is a question of evil. It is a lesson Americans learned the hard way — but learn it they did — during the Korean War. And in this culturally defining moment, it is a lesson we would do well to recall.

After Operation Chromite in September of 1950 — MacArthur’s daring landing at Inchon and drive across the Korean Peninsula — hundreds of thousands of (North) Korea People’s Army (KPA) soldiers were encircled, captured, and destroyed. As a consequence, the UN prisoner of war population swiftly rose from less than a thousand in August to more than 130,000 by November.

Makeshift POW camps were hastily constructed to house more than 80,000 of that number on Koje-do (Geoje in many modern spellings), a county-sized island just off the southern tip of the Korean Peninsula. Prisoners were divided into four massive enclosures, with each containing eight compounds. U.S. soldiers of subpar quality and insufficient quantity were assigned to keep them there.

When ceasefire negotiations began at Kaesong in July 1951 — which were later moved to Panmunjom — resistance among prisoners became systemic, organized, and violent. Messages were cleverly passed between Gen. Nam Il, North Korea’s chief negotiator at the talks, all the way to Koje-do, where they were delivered through the wire to the communist leaders within the prison camps.

The general’s instructions were clear: create martyrs for the communist cause and thereby undermine America’s moral authority at the negotiating table. To this end, communist enforcers at Koje-do accused their jailers of brutality, cultural insensitivity, and gross mistreatment they staged riots in an effort to provoke an armed response and they prepared for a general prison breakout, to force the UN to transfer front line troops to the rear echelons.

Brigadier Gen. Francis Dodd, the commander of the Koje-do island installation, naively took prisoner complaints at face value. Hence, the communist strategy, part of an old radical playbook, met with startling success. Prisoner violence (usually against other prisoners) was largely overlooked while every accusation of mistreatment from their guards resulted in an investigation, dismissal, and a Drew Brees-like mea culpa. But the communist leaders would not be placated. Like the endgame to coronavirus quarantines, the goalposts were continually moved.

In his classic history of the Korean conflict, This Kind of War, T. R. Fehrenbach writes,

[In World War II] it was not until 1943 Americans had any prisoners, and these were from a foe of the same basic culture, who sensed they were already beaten. (There had never been enough Japanese POWs to matter.) But in Korea the United States not only had taken thousands of POW’s of alien culture it faced an alien psychology also.

On May 7, 1952, Dodd, failing to understand the “alien psychology” of which Fehrenbach wrote, agreed to meet with KPA Senior Col. Lee Hak Ku at the gate of Compound 76. It was there that Dodd stood before a rioting prisoner mob like Minneapolis Mayor Jacob Frey. At a prearranged signal, the American general was seized and pulled deep inside the compound before guards could react. Any attempt to rescue him by force, Americans were told, would result in Gen. Dodd’s immediate execution.

What followed was, in the words of Gen. Mark Clark, “the biggest flap of the war.” In the stuff of a Hollywood epic drama, Dodd was placed on trial for crimes against humanity while ideologically unreliable prisoners were tried and summarily executed by the fanatical communists within the camp.

North Korea and China wasted no time in accusing the U.S. of violating the Geneva Convention. And in a mind-bending twist of facts, the likes of which have not been seen since the New York Times i Washington Post last went to print, their anti-American allies in the media quickly turned the Koje-do fiasco into a propaganda bonanza. Moscow’s Prawda screamed,

Koje Island! Again, we learn that “civilized” Americans can be yet more inhuman, yet more infamous than the bloody Hitlerites. Dachau was a death camp, Maidenek was a death factory Koje is a whole island of death. The American hangmen are torturing, tormenting, and killing unarmed people here. They are experimenting with their poisons on them.

At Panmunjom, Gen. Nam capitalized on his own success in engineering the revolt on Koje-do:

Day after day, facing his opposite numbers across the conference table, Nam II poured out crocodile tears for the fate of the communist prisoners whom he alleged were suffering fiendish torments inflicted by the “sadistic and inhuman” United Nations jailers. Under a smoke screen of pious platitudes, Nam Il coolly directed the apparatus of subversion, terrorism, and political murder which throttled anti-communist opposition among the POW’s and turned the compounds at Koje-do into armed camps of Red defiance.

An embarrassed President Truman ordered outgoing UN Commander Gen. Matthew Ridgway to bring Koje-do to heel. Ridgway simply passed the problem along to incoming UN Commander Gen. Mark Clark who, in turn, ordered Brigadier Gen. Haydon “Bull” Boatner to the island to quell the insurrection brewing there.

Upon inspection, Boatner quickly realized just how badly the situation had been handled by his predecessors. The compounds had become “autonomous zones” where no American dared go. In the fashion of Seattle’s own autonomous zone leader Raz Simone, Colonel Lee paraded about like a peacock, drilling his soldiers — now armed with knives, flails, spears, and stolen gasoline to make Molotov cocktails — and prepared them for what Boatner could only guess was an attempt to take over the whole island and slaughter its inhabitants.

Boatner, the 14th commander of the prison installation in two years, ordered an immediate evacuation of all civilians from the island. To do the job of breaking resistance at Koje-do, he then demanded that Clark give him a thousand paratroopers from the 187th Regimental Combat Team then in Japan. The so-called “Rakkasans” — literally “umbrella men,” a nickname given to them by the Japanese during the occupation of that country — were a battle-hardened regiment. As if that weren’t enough, the 187th had been recently supplemented by elements of the now-decimated and decommissioned elite Airborne Ranger units. Clark, over a barrel, reluctantly agreed.

My father, one of the aforementioned Rangers, recalled being on leave in Tokyo when he and others received notice that they had two hours to finish their drinks, kiss their girls goodbye, and return to base to prepare for immediate deployment to an unknown destination.

“We thought we were going back into combat. Instead, we deplaned on Koje. By that time, the whole world knew about the SNAFU there. We were briefed and told it would be our job to crush any opposition to breaking up the compounds and moving the prisoners to new ones. That suited us. No man on leave and ordered back into the field does so happily. To say that we arrived in a bad mood is putting it mildly.”

The sudden disappearance of the island’s civilians only to be rapidly replaced by this elite force was an ominous sign to the communist hardliners that there was a new sheriff in town. Then, writes Fehrenbach:

Boatner had the paratroops stage a mock advance into an empty compound next to 76, with fixed bayonets and flamethrowers, while the communist prisoners watched. The demonstration went like clockwork it had been timed and scheduled to the second, and every officer briefed on his part. The demonstration was both impressive and frightening.

According to Gen. Clark, “Staff planning for this operation was done as carefully as for any orthodox military campaign.” Boatner then set up loudspeakers and, in English, Korean, and Chinese, he informed prisoners that if they failed to lay down their arms and divide themselves into groups of 500 for relocation, the boys at his back would be sent in, and they would not shrink from violence. The choice was theirs. Instead of complying with his directive, prisoners barricaded the main gate, dug trenches, and killed any who broke ranks.

The following day, June 10, 1952, at 5:45 a.m., Boatner gave one more warning over the loudspeakers. It was a waste of time. The prisoners, like rioters of recent vintage, shouted defiance and hurled objects — and thus they sealed their own fate.

Boatner decided to start with Compound 76, where most of the communist hardliners were concentrated. Beat them down in full view of the other compounds, he reasoned, and the rest will meekly surrender. It was a savvy move.

“Paratroops are a sharp but fragile tool,” says Fehrenbach, “which, since they cannot be used and then put back into the bottle, are best reserved for special missions … these men wanted to fight. Any fight, anywhere, would do.”

With a full complement of UN observers and members of the international press watching from a nearby hillside — you, too, can watch it all here — Boatner sent in the 187th. Instead of attempting to breach the front gate, they cut the wire at the rear of Compound 76 and entered with fixed bayonets and no cartridges in the chambers. No man was to shoot without a direct order from an officer:

The paratroops advanced, slowly, grimly, pushing them back. Now there was chaos. The POW’s had set their huts afire, and smoke blanketed the area, choking men, obscuring vision. In the Korean press, a number of men panicked, and tried to run. They were killed by their own people, with spears in the back. Then the tough paratroopers met the lines of Koreans, and in a wild melee broke the back of their resistance.

After an hour-and-a-half of fighting and without firing a shot, Boatner was master of Compound 76. Like Saddam Hussein a half a century later, Col. Lee Hak Ku was found cowering in a hole. Literally dragged from it by the seat of his pants, the colonel faced a grim fate — but not from the Americans. Repatriated to North Korea, he was tried and shot in a manner that likely mirrored the kangaroo courts of 76. As for the other compounds, having witnessed firsthand the display of power, their resistance wilted, and order was restored to the island.

Speaking of the incident at Koje-do after the war, General Clark observed that “[It] is in itself both a case study in the technique of communist intrigue and a dire warning of the efficiency and imagination of the communist conspiracy against us.”

All of this should sound eerily familiar to Americans watching the recent riots sweeping the country from Seattle to New York. Yes, I recognize the difference between peaceful protesters and rioters. And I likewise recognize that many well-intentioned people are swept up in both. They are what economist Ludwig von Mises called “useful innocents.” But no one who has studied or observed the tactics of communist, fascist, anarchist, or radical Islamic agitators can fail to recognize that at the core of the Black Lives Matter (and Antifa) movement lies a violent ideology masquerading as a champion of the very things it seeks to undermine: justice and equality.

Before rioting, looting, and lawlessness become, to use a phrase the Left would give us for an altogether different reason, the “new normal,” Americans would do well to look to the past and learn the lessons of Koje-do and the broader lessons that the Cold War taught us about dealing with radical secular ideologies — and make no mistake about it, that is precisely what we are now facing.

As the useful innocents — or idiots, as the case may be — in government, industry, the academy, and even churches rush headlong to apologize for wrongs real and imagined and declare their allegiance to Black Lives Matter, I cannot help but think that these Americans are singing a song of German origin they do not understand, and behind it all is Marx, the master lyricist.


Are the U.S. and China in a Cold War?

To be fair, the U.S.-China relationship had already begun to deteriorate under the Obama Administration when Beijing, starting in 2013, moved to militarize the South China Sea. It did this by creating a total of seven new islands, which it used to house military facilities, and became increasingly confrontational in its relationship with its neighbors.

As a candidate for the presidency in 2016, Donald Trump had repeatedly claimed that the terms of U.S. -China trade were unfair to the U.S. that they had resulted in the loss of millions of high paying manufacturing jobs that both the Chinese government, its state-owned enterprises and private Chinese companies were routinely stealing American technology and that China had taken advantage of the U.S.

Nonetheless, the Trump Administration, notwithstanding that many of its trade officials were notoriously "China hawks," did show a willingness to continue the Sino-American economic relationship, albeit on radically reset terms.

The term "Cold War" was coined in 1947 by Bernard Baruch, a prominent financier and longtime advisor to the U.S. government, to describe the state of U.S. -Soviet relations and the challenges they posed to the U.S. The term resonated with American media and was quickly adopted to describe what historians called, "a war without fighting or bloodshed, but a battle nonetheless."

The Cold War between Washington and Moscow lasted approximately 40 years. It was fought mostly by proxies and in the shadows of covert intelligence operations. To call it bloodless is a misnomer. Bullets fired by proxies were just as lethal as those fired by the military forces that sponsored them a lesson driven home to both American and Soviet soldiers in conflicts ranging from Afghanistan to Vietnam.

It's hard to see how the experience of the Soviet-American Cold War is analogous to the current state of Sino-American relations. The U.S. is not engaged in any military conflicts where its opponents are Chinese proxies.

There have been military clashes between the military forces of China and those of its neighbors. Some, like the Philippines, are bound to the U.S. by defense treaties. Others, like Vietnam or India, have no such agreements, much less any explicit U.S. guarantees of their security, but share a common interest with Washington in preventing Chinese encroachment on their sovereignty. While those incidents had casualties, although none were American, they fall far short of the proxy conflicts that characterized the Soviet-American Cold War.

The U.S. and China are involved in a wide-ranging economic competition, one that spills over into American bilateral relations with other countries, and also impacts the "rules" of an international system that has evolved, largely under American leadership, in the postwar period. The U.S. competes economically with other countries, most notably Japan and the European Union, but this rivalry is different from the Sino-American one.

First, while countries like Japan or the members of the EU compete economically with the U.S., and while they may seek to shape the "rules" of world trade and the international economic system to their advantage, they stop short of seeking a wholesale replacement of the U.S. dollar-centric global financial system. Even the creation of the euro as the common currency of the EU, while it had the added advantage of being an alternative reserve currency to the U.S. dollar, was never envisioned to be a replacement for it.

Secondly, except for China, the other major countries with which the U.S. competes economically are ones that are aligned with the U.S. militarily and, with some exceptions, diplomatically. While economic growth and technological innovation may enhance a U.S. ally's military capabilities, such enhancements do not have bearing on U.S. national security. Indeed, in most cases, they enhance it by expanding alliance wide capabilities or diminishing the U.S. contribution to the common defense.

China is the exception to this rule. The growth of the Chinese economy and its technological sophistication directly impact Beijing's military capabilities while, at the same time, enhancing its diplomatic power. Chinese military and foreign policy has become increasingly, nationalistic, aggressive and combative, a style the Chinese media calls "Wolf Warrior Diplomacy." That means China's economic growth has a direct bearing on America's defense and diplomatic posture in East Asia, specifically and generally in the Indo-Pacific basin.

Not only does that posture increase American defense requirements in the region, it also raises the probability that aggressive Chinese actions, especially ones aimed at countries with which the U.S. has a defense agreement, will lead to a confrontation or even a military clash with the U.S. Currently, Beijing has territorial disputes with every one of its 14 neighbors. In some of these disputes, it is unilaterally changing the "facts on the ground."


Get everything you need

Review

“[An] accomplished study of China and sport. Where Olympic Dreams scores highest is in describing and explaining the importance of the Olympic Games to China's self-esteem and its sense of belonging on the international stage, and how successive leaders have focused on the powerful political platform the event provides.”Clifford Coonan, South China Morning Post

“In this history of sports in China over the past century, Xu accents the cultural intertwining of athletics and politics as the country continually increases its emphasis on the former to enhance its stature in the world.”John Maxymuk, Library Journal

“Thoroughly researched and lucidly articulated, Mr. Xu‘s book provides a unique perspective on China through the history of sports. Just as baseball and football define the heart and mind of America, China’s promotion of various sports as national games also speaks to the cultural psyche of a country seeking recognition in the global political arena.”Yunte Huang, Santa Barbara News-Press

“Probably no Olympic Games has been so deeply tied to a political project as Beijing's. The links between politics in China and the games are well told in Olympic Dreams by the historian, Xu Guoqi, who describes how for more than a century the Olympics has been wrapped up in Chinese ideas about national revival and international prestige.”Geoff Dyer, Financial Times

“Xu Guoqi's masterful survey of China's hundred-year tryst with the Olympics, Olympic Dreams: China and Sports, 1895-2008, reminds the reader that sports have been central to the construction of the Chinese nation and its links with the rest of the world. Xu shows how politicians have micromanaged every aspect of China's sporting progress.”Mark Leonard, Chronicle of Higher Education

“What distinguishes this. from so many of the recent flood of books on China, is its emphasis on the political and national role of sport in the Chinese ascendancy. The Olympics are emblematic of the "new" China but, interestingly, [Xu] speculates on whether the long-held dream of the Communist party to host the Olympics may well spell the beginning of its end.”Steven Carroll, The Age

“This highly readable book traces the history of China's sporting ambition, from an obscure lecture in Tientsin in 1908 to the "high-quality Olympics with Chinese characteristics". It is a useful introduction to an awkward topic that simply won't go away.”Michael Rank, Opiekun

“A thoughtful and highly informative book that all interested in the Beijing Olympics will find rewarding, and it should be required reading for journalists covering the 2008 Games.”Steve Tsang, Times Higher Education Supplement

“The entire history of [China's] involvement with the Olympics, and international sport in general, has been overtly political, as Xu Guoqi ably demonstrates in Olympic Dreams.”Tod Hoffman, Montreal Gazette

“Thoroughly researched and painstakingly footnoted.”Garth Woolsey, Toronto Star

“The 2008 Beijing games, like other sporting events in the past, will be a window into Chinese national pride and global ambitions. Even though Olympic Dreams was written before the March Tibet riots and the subsequent outbursts of Chinese nationalism, Mr. Xu’s general argument still stands, and is even somewhat prescient. Mr. Xu has a clear and readable writing style, and his analysis is punctuated with lively examples. Beijing’s politicization of sports clearly has some uniquely Chinese characteristics. But that is not necessarily the main lesson of this book. Examples of similar phenomena―from Hungary to Argentina―remind that sports and politics are often two sides of the same coin. The grander the event, the more political the stakes.”Emily Parker, Far Eastern Economic Review

About the Author

From The Washington Post

The Chinese government has said over and over in the last few months that the Beijing Olympics should not be politicized. The uproar over Tibet has no place in the Games, officials insist. Nor do humanitarian concerns over Sudan's Darfur region belong in the Olympic spotlight. As for human rights in China itself, well, that's an internal matter.

Yet, politics have long been at the heart of China's relations with the modern Olympic movement, as Xu Guoqi, an associate professor at Kalamazoo College, shows in his illuminating history, Olympic Dreams. The first time China participated in the Games, in 1932 at Los Angeles, the goal was to prevent Japan from scoring a propaganda coup. Japanese occupation authorities had planned to dispatch a stocky Chinese sprinter named Liu Changchun to represent the Manchukuo republic, the puppet state Japan had set up in Manchuria and Mongolia. To foil that plan, China's Nationalist government hurriedly scraped together some money and sent Liu as a one-man Chinese delegation. He fared poorly as a sprinter but held high the Chinese flag.

Later on, Mao Zedong saw sports victories as a way to prove the superiority of the socialist way. On advice from the U.S.S.R., China cultivated national teams. But during the first two decades of Communist rule, China kept its athletes out of the Olympics to protest Taiwan's participation. (More recently, both China and Taiwan have sent teams under artful compromises over the island's name.)

When Mao decided the time had come to make friends in the West, he also found sports a handy tool for that purpose. Mao and President Nixon had been exchanging secret messages through intermediaries for months before the Chinese sent a team to the World Table Tennis Championship in Japan in April 1971. As Xu relates, Zhou En-lai, who was in charge of foreign relations, issued detailed instructions to the Chinese players on what to do if they met Americans. "The Chinese were not permitted to exchange team flags," for example, but they "could shake hands," Xu notes. When American player Glenn Cowan jumped on a Chinese bus to greet Chinese star Zhuang Zedong, Zhuang was ready with a silk painting to present as a gift. Mao then gave the order for the Chinese players to invite the U.S. team to China by the end of the month, the Americans had alighted in Beijing. "The small ping-pong ball, worth only about 25 cents, played a unique and significant role . . . in transforming Sino-U.S. relations," Xu concludes.

Even before Mao, sports had played an eminently political role in China. Chinese nationalists in the late 19th and early 20th centuries saw athletics as a way to create vigorous men who could wage war and change the country's reputation as the "sick man of east Asia." As part of the national revival they hoped to foster, they embraced Western sports to counter the Mandarin paradigm of Chinese men as spindly, sedentary and effete.

Despite the reformers' efforts, to some degree the old paradigm has remained alive. Traditionally, most Chinese have been brought up to think they should be clever, disciplined and able to bear hardship, but not powerful or swift. Because Yao Ming's jousts with fellow NBA giants and Liu Xiang's triumph in the 110-meter hurdles at the 2004 Athens Olympics shattered racial stereotypes, they were hailed as breakthroughs by a new generation of Chinese. The 2008 Beijing Olympics, where China hopes to win more medals than any other nation, also was intended to have a political message.

Since abandoning doctrinaire socialism three decades ago, China has enjoyed an economic explosion that has given its 1.3 billion people a standard of living their parents could hardly imagine, and the government has entered into normal relations with most countries, becoming a diplomatic as well as an economic player in Asia and beyond. By hosting the Games, China was going to celebrate this status. Perhaps more important, it was going to receive international recognition of its achievements and, in some measure, acceptance of the Communist Party's glacial pace toward political change.

Xu's misfortune, and China's, is that this landscape, which he ably paints in his final chapter, shifted not long after the manuscript was sent to the printer. Riots in Tibet and protests along the Olympic Torch relay route created a global audience for questions about China's worthiness to host the Olympics. The atmosphere has soured badly, and no one knows whether it can be repaired before the Games begin in August.

The May 12 earthquake in Sichuan also will affect the Olympics. A country in mourning, China is likely to attract sympathy. But sorrow may change the tone of the event. Xu's history of China's participation in the Olympics remains enlightening, but the unsettled 2008 Games have become the stuff of journalism, changing every day.


Obejrzyj wideo: Champion Police - Salos Szczecin


Uwagi:

  1. Dorran

    I'm sure this - the wrong way.

  2. Osla

    Moim zdaniem pomyliłeś się.

  3. Cavalon

    Zdecydowanie doskonała wiadomość

  4. Tremayne

    Wystąpił błąd

  5. Jamel

    nie za długo!



Napisać wiadomość