Recenzja: Tom 55 - Zimna wojna

Recenzja: Tom 55 - Zimna wojna


We are searching data for your request:

Forums and discussions:
Manuals and reference books:
Data from registers:
Wait the end of the search in all databases.
Upon completion, a link will appear to access the found materials.

Powszechnie uważa się, że armia amerykańska w Wietnamie, zaangażowana w wojnę, w której okupowane terytorium nie miało sensu, zależała od liczby ciał jako jedynej miary postępu militarnego. W No Sure Victory oficer armii i historyk Gregory A. Daddis odkrywa prawdę stojącą za tym rażącym uproszczeniem historii. Daddis pokazuje, że w konfrontacji z nieznanym wrogiem i jeszcze bardziej nieznaną formą działań wojennych, armia amerykańska przyjęła ogromny i ostatecznie niemożliwy do opanowania system miar i formuł śledzenia postępów operacji wojskowych, od prób pacyfikacji po poszukiwania i -zniszcz misje. Koncentrując się bardziej na zbieraniu danych, a mniej na analizie danych, te bezkrytyczne próby oceny sukcesu mogły w rzeczywistości utrudnić armii zdolność do oceny prawdziwego wyniku walki – przeszkoda, która zdaniem Daddisa znacząco przyczyniła się do wielu niepowodzeń, które Amerykanie w obliczu sił zbrojnych w Wietnamie. Wypełniona wnikliwą analizą i bogatymi szczegółami historycznymi No Sure Victory to cenne studium przypadku niekonwencjonalnych działań wojennych, opowieść ostrzegawcza, która oferuje ważne perspektywy, jak mierzyć wyniki w bieżącym i przyszłym konflikcie zbrojnym.

Jak doszło do powstania Nowej Lewicy w latach 60.? Co spowodowało, że miliony młodych ludzi – wielu z nich zamożnych i wykształconych na studiach – nagle zdecydowały, że społeczeństwo amerykańskie wymaga gruntownej przebudowy? W Smoking Typewriters historyk John McMillian pokazuje, że jedną z odpowiedzi na te pytania można znaleźć w pojawieniu się w latach 60. dynamicznej prasy podziemnej. Idąc za przykładem takich gazet jak Los Angeles Free Press, East Village Other i Berkeley Barb, młodzi ludzie w całym kraju wypuszczali setki powielanych broszur i ulotek, małych magazynów prasowych i podziemnych gazet. Nowe i tanie technologie drukarskie zdemokratyzowały proces wydawniczy i pod koniec dekady łączny nakład podziemnych gazet rozciągnął się na miliony. Choć technicznie nie nielegalne, gazety te były często autentycznie wywrotowe, a wielu z tych, którzy je produkowali i sprzedawali – na rogach ulic, na odczytach poezji, wernisażach galerii i kawiarniach – stało się celem nękania przez władze lokalne i federalne. Dzięki pisarzom, którzy aktywnie uczestniczyli w opisywanych przez siebie wydarzeniach, podziemne gazety uchwyciły ducha czasu lat 60., przemawiając bezpośrednio do czytelników, odzwierciedlając i potęgując ducha kulturowego i politycznego protestu. McMillian zwraca szczególną uwagę na sposób, w jaki podziemne gazety rozwijały poczucie wspólnoty i odgrywały istotną rolę w kształtowaniu „kultury ruchu” Nowej Lewicy. Umieszczając prasę podziemną na czele, McMillian podkreśla stopień, w jakim energia polityczna lat 60. wyłoniła się od podstaw, a nie z krajowego biura Studentów na rzecz Społeczeństwa Demokratycznego (SDS), co zwykle podkreślają historycy. Głęboko zbadana i elokwentnie napisana książka Smoking Typewriters oddaje cały młodzieńczy idealizm i wibrujący zgiełk lat sześćdziesiątych, dostarczając genialnej ponownej oceny początków i rozwoju buntu Nowej Lewicy.

Ta książka wypełnia lukę między dłuższymi, bardziej szczegółowymi tekstami o kryzysie kubańskim a popularnymi historiami, w szczególności Trzynaście dni Roberta F. Kennedy'ego (oraz filmem telewizyjnym z 2000 roku pod tym samym tytułem). Munton i Welch napisali krótki, czytelny tekst, który podkreśla ogólny obraz, odpowiada na ważne pytania i koryguje historyczne nieścisłości Trzynastu dni. Autorzy wykorzystują nowo dostępne źródła z archiwów amerykańskich i rosyjskich, aby przedstawić sowieckie i kubańskie perspektywy kryzysu, które w przeszłości były niedostępne lub bagatelizowane.

W swoim pożegnalnym przemówieniu Dwight D. Eisenhower ostrzegł naród przed niebezpieczeństwami kompleksu wojskowo-przemysłowego, ale Eisenhower spędził swoją prezydenturę przyczyniając się do innej, mniej znanej, zimnowojennej współpracy: kompleksu duchowo-przemysłowego. Ten fascynujący tom dowodzi, że amerykańscy przywódcy na początku zimnej wojny uważali konflikt za głęboko religijny, że postrzegali komunizm nie jako bezbożny, ale jako religię walczącą z wiarą z wiarą. W rezultacie świadomie wykorzystywali wierzenia i instytucje religijne w ramach planu pokonania sowieckiego wroga. Jonathan Herzog oferuje pouczający opis kompleksu duchowo-przemysłowego, kronikę retoryki, programów i polityki, które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Herzog pokazuje, w jaki sposób te wysiłki odegrały się w obszarach amerykańskiego życia, zarówno przewidywalnych, jak i nieoczekiwanych – od ambon i prezydenckich apeli do narodowych akcji religijnych, wojskowych koszar szkoleniowych, klas szkół publicznych i hollywoodzkich epopei. Na koniec ujawnia, że ​​jeśli kompleks duchowo-przemysłowy wyblakł w latach sześćdziesiątych, jego echa wciąż można było usłyszeć w latach osiemdziesiątych Ronalda Reagana.


Autonomia naukowa, odpowiedzialność publiczna i rozwój „peer review” w Stanach Zjednoczonych podczas zimnej wojny

Ten esej śledzi historię recenzowania w specjalistycznych czasopismach naukowych oraz w instytucjach finansujących i pokazuje, że dopiero pod koniec XX wieku recenzowanie zaczęło być postrzegane jako proces centralny dla praktyki naukowej. Przez cały dziewiętnasty wiek i przez większą część dwudziestego raporty recenzentów zewnętrznych uważano za opcjonalną część redagowania czasopisma lub przyznawania grantów. Pomysł, że sędziowanie jest wymogiem legitymizacji naukowej, pojawił się po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych w okresie zimnej wojny. W latach siedemdziesiątych, w następstwie serii ataków na finansowanie nauki, amerykańscy naukowcy stanęli przed dylematem: rosnąca presja, aby nauka była odpowiedzialna przed tymi, którzy ją finansują, ale naukowcy chcieli zapewnić sobie stały wpływ na decyzje o finansowaniu. Naukowcy i ich zwolennicy uznają recenzowanie ekspertów – lub „recenzję”, jak było to coraz częściej nazywane – za kluczowy proces, który zapewniał wiarygodność nauki jako całości. Przekonywali, że podejmowanie decyzji o finansowaniu z rąk ekspertów byłoby korupcją samej nauki. To publiczne promowanie recenzowania zarówno wzmocniło, jak i rozpowszechniło przekonanie, że tylko nauka recenzowana jest naukowo uzasadniona.


Nowe, mistrzowskie sprawozdanie Normana Stone'a o zimnej wojnie opiera się na empirycznych

Leżał zbyt długo w pałacu prezydenckim, biorąc pod uwagę upał i awarię prądu, po czym został eskortowany do ogromnego mauzoleum. W tłumie, który przeciskał się przez kurz i koleiny, rozległy się alarmy. . . drewniane balkony, przeładowane widzami, czasem wypuszczały pistoletowe trzaski, a lekki podmuch wiatru, miniaturowe tornado, zmiotło nagle ulicę w kolumnę.

Ten lirycznie surrealistyczny opis pogrzebu haitańskiego prezydenta „Papa Doca” Duvaliera w 1971 roku nadaje ton większości bardzo osobistej historii zimnej wojny Normana Stone'a. Często opierając się na obserwacji z pierwszej ręki, jak powieściopisarz uchwycił ulotne objawienia towarzyszące wydarzeniom publicznym. Jego obraz dziwnej normalności, która przez pewien czas nastąpiła po odejściu Duvaliera – wyprawy zakupowe, które żona Baby Doc organizowała dla siebie i jej przyjaciół, plany promowania lekkiego przemysłu w biednym kraju poprzez zachęcanie do szycia piłek baseballowych – skupia się na kilku wyznacza dekadencki i niepewny sposób życia, który Graham Greene szczegółowo opisał w: Komicy.

Oko Stone'a do wymownych szczegółów nadaje jego opisowi lat zimnej wojny krawędź autentyczności, której brakuje w bardziej konwencjonalnych historiach. Historia podobna do Erica Amblera, którą opowiada, jest bliższa zmianom i zwrotom w historii niż pokerowe negocjacje i drewniane konflikty, które pojawiają się na studiach akademickich i we wspomnieniach dyplomatycznych. Stone sam stał się postacią w tej historii, gdy w splątanym odcinku trafił na trzy miesiące do więzienia w Czechosłowacji w 1964 roku po tym, jak próbował przemycić pozorną ofiarę prześladowań z kraju na tylnym siedzeniu samochodu. W dziesięciostronicowej "Notatce" Stone opisuje swoje doświadczenie jako "w trybie więźnia Zendy". Bez względu na to, jak wtedy się to czuło – określa swoją młodszą postać jako „idiotę. Ale pożyteczny” – musiało to być pouczające wprowadzenie do farsowej strony walki, która podzieli świat na kolejne ćwierć wieku.

Urzekająca mieszanka wielkiej narracji i autobiograficznych winiet, Atlantyk i jego wrogowie jest jedyną książką, którą każdy, kto chce zrozumieć przebieg zimnej wojny, musi przeczytać. Korzystając ze swojej rozległej, ale lekko zużytej wiedzy, Stone przywołuje zimę 1946-47 („katastrofa lodu i śniegu”), plan Marshalla, śmierć Stalina, Chruszczowa i Berlin-Kuba-Wietnam, lata sześćdziesiąte, Nixon w Chiny, „choroba brytyjska”, Reagan i Thatcher, upadek komunizmu i niekończąca się historia, która nastąpiła. Omówiono praktycznie wszystko, co wydarzyło się w tych latach, z obszernymi sekcjami poświęconymi również Turcji (gdzie obecnie mieszka autor).

Nie ma wątpliwości, że wersja wydarzeń prezentowanych przez Stone'a często doprowadza do furii postępowych czytelników z lewej i prawej strony. Walczący neokoni, podobnie jak łagodni liberalni melioryści, postrzegają historię jako zasadniczo odkupieńczy proces, w którym ludzkość walczy o wyzwolenie się z zacofania i ucisku. Stone, zagorzały wielbiciel swojego kolegi Szkota Davida Hume'a, widzi rzeczy bardziej realistycznie. Ciąg zdarzeń losowych, historia jest często tragiczna, ale częściej surrealistycznie absurdalna.

Stone stosuje ten demistyfikujący empiryzm do najbardziej pamiętnych zmagań ostatniego półwiecza. Przedstawia on pełen współczucia opis amerykańskich intencji w wojnie w Wietnamie – moim zdaniem raczej zbyt przychylny, biorąc pod uwagę trwającą powtórkę tej katastrofalnie źle pomyślanej przygody w Afganistanie. Być może jest na nieco mocniejszym gruncie sugerując, że obalenie Salvadora Allende nie było prostą walką światła z siłami ciemności, która wkroczyła do lewicowego folkloru (ambasador USA w Chile w czasie przewrotu nie był osobiście w za interwencją amerykańską). Podobnie upadek komunizmu nie był spontanicznym przewrotem celebrowanym przez zachodnią prawicę – jak donosi Stone, wiele demonstracji poprzedzających upadek było zorganizowanych, nie tylko w Rumunii, przez elementy w ramach reżimów komunistycznych. Jeśli w opowieści Stone'a jest morał, to jest nim to, że rewolucje rzadko są całkowicie pozbawione scenariusza, ale historia pomyliła się na tym samym. Może to być dość niepokojący pogląd, a jednak ma tę zaletę, że jest prawdziwy.

Stone nie udaje niczego innego niż partyzant, a zdarzają się sytuacje, kiedy rezygnuje z godnego podziwu sceptycznego empiryzmu, który kształtuje jego pogląd na wydarzenia historyczne. „Wciąż nie jestem pewien co do wigowskiej interpretacji historii Anglii” – mówi nam. Jednak w jego opisie „trójkątnej bitwy”, toczonej w latach zimnej wojny, „między faszyzmem, komunizmem i tym, co, z braku dokładniejszego słowa, musimy nazwać liberalizmem, pojawia się czasami wyraźnie wiggowa atmosfera”. tj. demokracja wolnorynkowa, której głównym przedstawicielem stały się Stany Zjednoczone”.

Nie dzieje się tak dlatego, że Stone wpada w pułapkę zakładania nieuchronności historii. Na przykład w przypadku Chin widzi wyraźnie, że zwycięstwo Mao nie było w żaden sposób przesądzone – nacjonaliści popełniali niepotrzebne błędy, podczas gdy komuniści „w rzeczywistości zostali uratowani przez Amerykanów”, gdy ich purytańscy i błazeńscy posłowie przeciwstawili się Czang Kaj-szeka. Tajwan, „alternatywne Chiny”, pokazuje, czym mógłby być kontynent, gdyby okoliczności były inne. Tutaj Stone ma niemodną rację. Ta szesnasty co do wielkości kraj handlowy na świecie, mała wyspa Tajwan, osiągnęła wersję modernizacji, która jest prawdopodobnie bardziej stabilna niż reżim postmaoistyczny, przez który wydaje się być skazany na wchłonięcie. Ale błądzi, kiedy pisze: „Brodawki są straszne… ale Atlantyk wygrał i teraz rozprzestrzenia się na wszystkie miejsca w Chinach”.

Bez względu na wynik niezwykłego chińskiego eksperymentu, jedno jest pewne: Chiny nie naśladują już żadnego modelu zachodniego. Maoizm był ideologią zachodnią i chociaż, z powodu ciągłości reżimu, marksizm i rzeczywiście Mao są nadal oficjalnie czczone, Zachód został zdetronizowany w Chinach, kiedy odrzucono maoizm.

Zimna wojna, oprócz tego, że była staromodną walką geopolityczną, była kłótnią rodzinną zachodnich ideologii. Jak to często bywa, zakończenie konfliktu nie wzmocniło zwycięzcy. Zamiast tego pozostawiła Zachód niepewny swojej tożsamości i wyprzedzony przez nowe wersje modernizacji, które nie dały się nabrać na tandetny kult wolnego rynku. Klęska komunizmu w okresie, który Stone opisuje jako „lata osiemdziesiąte”, była niemałym osiągnięciem. Ale lata osiemdziesiąte były także czasem iluzji, raczej punktem końcowym niż – jak wyobrażał sobie taki fantasta Francis Fukuyama – preludium do 1000-letniego nowego porządku świata. Pod głośną, triumfalną muzyką wyostrzone ucho nie mogło nie wyczuć szyderczego śmiechu bogów. To dźwięk, który odbija się echem w bogatej, żywiołowej i melancholijnej książce Stone'a.

Atlantyk i jego wrogowie: osobista historia zimnej wojny
Kamień normański
Allen Lane, 668 osób, 30 funtów

John Gray jest głównym recenzentem „New Statesman”. Jego najnowsza książka „Gray's Anatomy: Selected Writings” została opublikowana w miękkiej oprawie przez Penguin (10,99 £)


Więcej tego autora

Europa od 1870 r.: historia międzynarodowa, James Joll zrecenzowany przez René Albrecht-Carrié

Pokój i kontrapokój: od Wilsona do Hitlera, Hamilton Fish Armstrong zrecenzowany przez René Albrecht-Carrié

Sojusze i małe mocarstwa, Robert L. Rothstein
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Nowa rewolucja francuska, John Ardagh
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Wprowadzenie a l'Histoire des Relations Intenrationales, Pierre Renouvin i Jean-Baptiste Duroselle
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

The Appeasers, Martin Gilbert i Richard Gott
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Dyskord i współpraca, Arnold Wolfers
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

W poszukiwaniu Francji, Stanley Hoffman
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Reżim Vichy, 1940-44, Robert Aron, Georgette Elgey i Humphrey Hare
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Od Wiednia do Wersalu, L.C.B. Seaman
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Historia Francji, Lucien Romier i A. L. Rowse
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Wyzwanie izolacji, 1937-1940, William L. Langer i S. Everett Gleason
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Stany Zjednoczone i Francja, Donald C. McKay
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Polityka wobec Zachodu, Barbara Ward
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Stany Zjednoczone w sprawach światowych, 1948-1949, John C. Campbell i George C. Marshall
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Włochy i Włosi, Carlo Sforza i Edward Hutton Geniusz Włoch, Leonardo Olschki
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Upadek Mussoliniego: Jego własna historia Benito Mussoliniego, Maxa Ascoli i Frances Fresnaye
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Region Morza Śródziemnego, André Siegfried i Doris Hemming Region Morza Śródziemnego: jego rola w polityce zagranicznej Ameryki, William Reitzel
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Stany Zjednoczone w sprawach światowych, 1945-1947, John C. Campbell i John Foster Dulles
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Zgoda i wolność, Helene Weyl
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Edukacja korespondenta, Herbert L. Matthews
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Włochy i nadchodzący świat, Barbara Barclay Carter, Sumner Welles i Don Luigi Sturzo
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Polityka i moralność, Benedetto Croce i Salvatore J. Castiglione
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Rozejm 1918, Harry R. Rudin
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Nasze rozliczenie z Niemcami, H. N. Brailsford
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Les Colonies Francaises, Passe et Avenir, Jacques Stern i Robert Tenger
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Vichy: Dwa lata oszustwa, Léon Marchal
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Lot zimą, John Clinton Adams
Oceniony przez René Albrechta-Carrié

Wersal dwadzieścia lat później, Paul Birdsall
Oceniony przez René Albrechta-Carrié


Oxford Handbook of the Cold War

Oxford Handbook of the Cold War oferuje szeroką ponowną ocenę okresu wojny w oparciu o nowe ramy pojęciowe opracowane w dziedzinie historii międzynarodowej. Zbliżając się do 25. rocznicy jej zakończenia, zimna wojna jawi się teraz jako odrębny okres w dwudziestowiecznej historii, który jednak należy oceniać w szerszym kontekście globalnych wydarzeń politycznych, gospodarczych, społecznych i kulturowych.

Redaktorzy zgromadzili czołowych naukowców zajmujących się historią zimnej wojny, aby zaproponować nową ocenę stanu tej dziedziny i zidentyfikować podstawowe pytania dotyczące przyszłych badań. Poszczególne rozdziały tego tomu oceniają zarówno zakres, jak i granice zasięgu zimnej wojny w historii świata. Podważają ortodoksyjne sposoby porządkowania chronologii zimnej wojny, a także prezentują nowe spojrzenie na globalny wymiar konfliktu.

Mimo że każdy esej oferuje unikalną perspektywę, razem ukazują powiązania między zimną wojną a wydarzeniami krajowymi i transnarodowymi, w tym długotrwałymi konfliktami poprzedzającymi zimną wojnę i utrzymującymi się po jej zakończeniu, czy też globalnymi przemianami w obszarach takich jak prawa człowieka czy gospodarka. i globalizacja kulturowa. Ze względu na swoje szerokie zadanie, tom jest ułożony nie według konwencjonalnych linii chronologicznych, ale tematycznie, oferując eseje na temat ram koncepcyjnych, perspektyw regionalnych, narzędzi zimnej wojny i wyzwań związanych z zimną wojną. Rezultatem jest bogaty i różnorodny opis sposobów, w jakie zimną wojnę należy umieścić w szerszym kontekście historii świata.


Recenzja: Tom 55 - Zimna wojna - Historia

Ta prezentacja Douglasa P. Horne'a jest częścią internetowej konferencji The National-Security State and the Kennedy Administration https://www.fff.org/national-security… .

Kim byli główni przeciwnicy i adwersarze JFK w jego własnym rządzie, jeśli chodzi o prowadzenie polityki zagranicznej u szczytu zimnej wojny ze Związkiem Radzieckim? Jak zmieniło się jego ogólne podejście do zimnej wojny podczas jego prezydentury i dlaczego? Ponieważ przykrywka o zamachu „samotnym świrem” strzelającym zza limuzyny JFK nie jest poparta dowodami medycznymi, niezwykle istotne jest zbadanie poważnych wewnętrznych konfliktów wewnątrz jego administracji w sprawie „wyrabiania kiełbasy” w polityce zagranicznej do tego, co naprawdę wydarzyło się w Dealey Plaza w listopadzie 1963 roku.

Poważni uczeni powinni dogłębnie przeanalizować całą pięciotomową serię książki Douglasa P. Horne'a Wewnątrz komisji przeglądu akt zabójstwa: Ostateczna próba pogodzenia sprzecznych dowodów medycznych dotyczących zabójstwa JFK przez rząd USA. To fenomenalna praca błyskotliwości i najwyższej integralności.

Horne jest byłym Głównym Analitykiem Rejestrów Wojskowych w Radzie ds. Przeglądu Akt Zabójstw (ARRB), ustanowionej na mocy ustawy JFK Records Act z 1992 r., której zadaniem było zdefiniowanie, zlokalizowanie i zapewnienie odtajnienia (w maksymalnym możliwym zakresie zgodnie z ustawą JFK). ) wszystkich rejestrów federalnych uznanych za „rozsądnie powiązane” z zabójstwem prezydenta Johna F. Kennedy'ego. Horne szczegółowo opisuje liczne anomalie i przerwany łańcuch aresztowania i zniszczenia kluczowych dowodów dotyczących ciała prezydenta, w raporcie z autopsji, kolekcji zdjęć z autopsji (zwłaszcza zdjęć mózgu JFK), celowej modyfikacji i fałszerstwa zachowanego filmu Zaprudera i rzekomą „magiczną kulę” znalezioną w szpitalu Parkland w Dallas. Obejrzyj pięcioczęściową serię filmów dokumentalnych Douglasa P. Horne'a, która podsumowuje jego wyjątkowe badania, Zmieniona historia: ujawnianie oszustwa i oszustwa w JFK, dowody medyczne dotyczące zabójstwa. Horne napisał również zwięzły, autorytatywny tom podsumowujący,Wojna JFK z National Security Establishment: Dlaczego Kennedy został zamordowany.

    – Dokument Douglasa P. Horne’a – Dokument Douglasa P. Horne’a – Dokument Douglasa P. Horne’a – Dokument Douglasa P. Horne’a – Film dokumentalny Douglasa P. Horne’a – Artykuł Douglasa P. Horne’a – Artykuł Douglasa P. Horne’a – Film dokumentalny

Pełniąc funkcję głównego analityka akt wojskowych w komisji Assassination Records Review Board w 1997 r., Douglas P. Horne odkrył, że film Zapruder został zbadany przez Narodowe Centrum Interpretacji Fotograficznej CIA dwa dni po zabójstwie prezydenta Kennedy'ego. W tym filmie Horne przeprowadza wywiad z legendarnym tłumaczem zdjęć NPIC Dino Brugioni, który po raz pierwszy mówi o kolejnym badaniu filmu przez NPIC dzień po zamachu. Brugioni nie wiedział o drugim badaniu i uważa, że ​​film Zaprudera znajdujący się dzisiaj w archiwach nie jest filmem, który widział dzień po zamachu. Czerpiąc z czwartego tomu swojej książki „Inside the ARRB”, Horne wprowadza temat i przedstawia swoje wnioski.


Ponowne przemyślenie przeszłości

Stypendium to nie tylko odkrywanie nowego. Chodzi również o rzucenie wyzwania staremu, a raczej temu, co my myśleć już wiemy. Może to być trudne, a nawet kontrowersyjne, a nigdy bardziej niż wtedy, gdy przedmiotem ponownego badania i rewizji jest nasza własna historia. Łatwo zapomnieć, że historia to nie tylko opowiadanie o tym, co się wydarzyło, ale także sposób, w jaki decydujemy się pamiętać, opowiedzieć i nadać sens przeszłości.

Często trzymamy w głowach stylizowane narracje z przeszłości, które uważamy za niepodważalne. Poproś inteligentnego obserwatora, aby nakreślił historię zaangażowania Ameryki w świat po 1945 roku, a on lub ona może przedstawić jasną, rozwidloną historię: była zimna wojna i era postzimnowojenna. Zimna wojna zostałaby prawdopodobnie zidentyfikowana jako nieprzerwany geopolityczny i ideologiczny konflikt między Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi, który rozpoczął się wkrótce po zakończeniu II wojny światowej i zakończył się rewolucjami w Europie Wschodniej w 1989 roku. Analityk może sugerować, że Stany Zjednoczone zwyciężył przez nieustanne dążenie do wieloletniej strategii powstrzymywania, wyrażonej przez George'a Kennana w jego „Long Telegram” z 1946 roku. Wraz z upadkiem muru berlińskiego i ostatecznie samym Związkiem Radzieckim, Stany Zjednoczone szybko zmieniły się, jak film Czarnoksiężnik z krainy Oz, od czerni i bieli po kolor i coś zupełnie innego: hegemoniczny, jednobiegunowy moment Ameryki i wzrost liberalnego internacjonalizmu.

Po bliższym przyjrzeniu się ten płynny portret zasłania tyle, ile ujawnia. Wersja Kennana o politycznym i ekonomicznym powstrzymywaniu została porzucona jako porażka na początku lat pięćdziesiątych, zastąpiona bardziej muskularną postawą wojskową, którą spędził resztę swojej kariery na lekceważeniu. Dwa szczególnie intensywne okresy konfrontacji, kiedy globalna wojna była wyraźną możliwością — 1949–1953 i 1958–1962 — przeplatały się między dłuższymi okresami wrzącej konkurencji i okazjonalnym odprężeniem, a nawet współpracą. Nawet gdy kolejne administracje pracowały nad stworzeniem wszechstronnych i skutecznych strategii bezpieczeństwa narodowego, jak umiejętnie opisuje artykuł Paula Lettow w tym numerze, polityka Ameryki zmieniała się, podczas gdy budżety obronne rosły i spadały i ponownie rosły, w rytmie napędzanym zarówno przez zmienne koleje polityki wewnętrznej, jak i przez dowolny spójny plan długoterminowy. Jeszcze w 1979 r. niewielu oceniało, że Stany Zjednoczone przodowały w rywalizacji ze Związkiem Radzieckim, nie mówiąc już o gotowości do ostatecznego zwycięstwa, a jeszcze w 1986 r. jeszcze mniej osób przewidywało, że wkrótce nastąpi wielka rywalizacja. na zawsze. Stany Zjednoczone nie wydawały się być szczególnie hegemoniczne we wczesnych latach ery postzimnowojennej: perspektywy gospodarcze USA wydawały się niepewne, a amerykańska wielka strategia potknęła się, okazując się nieskuteczna wobec tak znanych wielkich wrogów politycznych, jak somalijscy rebelianci, rwandyjscy hutu , Haiti i Serbii.

Rewizjonizm historyczny — taki, który skłania nas do kwestionowania i kwestionowania mocno zakorzenionych założeń dotyczących przeszłości — pomaga odeprzeć naszą naturalną, choć nieco nieprzydatną tendencję do stronniczości retrospektywnej lub wynikowej: ponieważ wiemy, jak zakończyła się historia taka jak zimna wojna, możemy nie pomaga, ale konstruuje zgrabną narrację nieuchronności. Rewizjonizm pozwala nam również skomplikować nasze rozumienie chronologii i periodyzacji. Konwencjonalna narracja o powojennych stosunkach międzynarodowych i wielkiej strategii USA koncentruje się na Europie i rywalizacji amerykańsko-sowieckiej. Rzeczywistość polityki światowej po 1945 roku była znacznie bardziej nieuporządkowana, a różne siły – takie jak dekolonizacja i pojawienie się nowych narodów, rywalizacja regionalna i konflikty integracja europejska i ewentualna zjednoczenie powstanie politycznego islamu i globalizacji oraz finansów, telekomunikacji i praw rewolucje — ukształtowały sprawy globalne w takim samym stopniu, jeśli nie w większym stopniu, niż rywalizacja supermocarstw w okresie zimnej wojny.

Problem z uproszczoną narracją o zimnej i postzimnowojennej narracji zostaje ujawniony w fascynującej ponownej analizie wojny w Zatoce Perskiej przeprowadzonej przez Samuela Helfonta. Konwencjonalna mądrość postrzega wojnę jako militarny triumf Stanów Zjednoczonych, które wypędziły demony wojny wietnamskiej i pomogły ustanowić praktykę bezpieczeństwa zbiorowego, jednocześnie ożywiając globalne instytucje na rzecz liberalnego porządku międzynarodowego kierowanego przez Amerykanów. Obraz ten został jednak przyćmiony przez reżim sankcji pokonfliktowych, który zubożył naród iracki bez obalania brutalnego reżimu baastycznego Saddama Husajna, szkodząc globalnemu wizerunkowi Ameryki, jednocześnie dzieląc koalicję w czasie wojny. Wojna w Zatoce Perskiej była dopiero początkiem większych trudności w regionie, który od tamtej pory jest przyczyną wielu smutków w Stanach Zjednoczonych.

Ponowne przemyślenie wojny w Zatoce również komplikuje kwestię periodyzacji, czyli tego, jak oznaczamy i definiujemy epoki historyczne. Dla wielu wojna w Zatoce Perskiej była pierwszym ważnym wydarzeniem postzimnowojennego świata. Innym sposobem spojrzenia na konflikt był jednak wyrost i kulminacja dynamiki politycznej, która od lat narastała w regionie. Dwie kluczowe daty to rok 1967 i 1979. Do połowy lat 60. Bliski Wschód nie był wielkim strategicznym priorytetem dla Stanów Zjednoczonych, pozostając daleko w tyle za Europą, Azją Wschodnią, a nawet Ameryką Łacińską. Wielka Brytania była główną zachodnią obecnością w regionie. Wojna sześciodniowa z 1967 roku zmieniła to wszystko. Wydaje się, że Związek Radziecki dążył do zwiększenia wpływów na Bliskim Wschodzie, dostarczając broń i nakłaniając państwa klienckie do Egiptu i Syrii, podczas gdy obciążenia finansowe i pieniężne zmusiły Wielką Brytanię do drastycznego zmniejszenia swojego śladu. Stany Zjednoczone, utknięte w niemożliwej do wygrania wojnie w Azji Południowo-Wschodniej, same niewiele mogą zrobić, aby przeciwstawić się sowieckiemu gambitowi. Podczas gdy Izrael z łatwością zwyciężył w konflikcie, troska Ameryki o sowieckie wpływy regionalne skłoniła go do ustanowienia głębszych strategicznych więzi z Izraelem, Arabią Saudyjską i Iranem. W ciągu dekady starania Ameryki o odwrócenie wpływów sowieckich w regionie zakończyły się w dużej mierze sukcesem, ale drastycznym kosztem: Bliski Wschód został wyniesiony do rangi wielkiego priorytetu strategicznego, podczas gdy Stany Zjednoczone związały się bliżej prawdopodobnie problematycznych reżimów i jeszcze bardziej problematycznych. , złożona dynamika regionalna. To pozostawiło Amerykę odsłoniętą podczas rewolucji islamskiej w Iranie w 1979 roku, która nie tylko przekształciła Iran, ale także szerszą politykę w regionie. Z tego punktu widzenia wojna w Zatoce Perskiej nie była czystym, głośnym początkiem nowej ery, ale niechlujnym interludium złożonego amerykańskiego zaangażowania, którego związek z zimną wojną był niepewny.

Lindsey Ford i Zach Cooper podobnie zmuszają nas do ponownego przemyślenia periodyzacji i stylizowanych historii w ich doskonałej analizie tego, czego 1969 może nas nauczyć dzisiaj. Administracja Nixona, która chwiała się po wojnie w Wietnamie, stojąc w obliczu potężnych wewnętrznych wezwań do ograniczenia wydatków i mając nadzieję na zresetowanie amerykańskiej wielkiej strategii w bardziej zrównoważony sposób, oświadczyła, że ​​jej sojusznicy w Azji Wschodniej muszą zrobić więcej, aby zapewnić własne bezpieczeństwo. Ford i Cooper ujawniają różne ścieżki, jakimi podążały różne kraje w regionie w odpowiedzi na ten mandat, począwszy od zbliżania się do Stanów Zjednoczonych po uwzględnienie groźnych potęg w regionie.

Doktryna Nixona dotycząca Guam odzwierciedlała zimną wojnę i dynamikę regionalną w Azji Wschodniej, która była znacznie inna niż w Europie. Korea była podzielona, ​​Wietnam katastrofą, sojusze integracyjne, takie jak NATO i Unia Europejska, nieuchwytne, a Chiny, po 1972 roku, sojusznik z rozsądku. Jak przypomina nam Adam Tooze: „Prostym faktem jest to, że Stany Zjednoczone nie zwyciężyły w zimnej wojnie w Azji”. Jak ujawniła bezwzględna masakra protestujących Partii Komunistycznej na placu Tiananmen, Pekin nie podzielał amerykańskiego poglądu na historię i porządek świata. Kierownictwo Partii Komunistycznej miało wtedy i teraz obsesję na punkcie unikania tego, co uważało za poważne błędy Związku Radzieckiego w zimnej wojnie ze Stanami Zjednoczonymi. Patrząc na dzisiejszą rywalizację z Chinami, Tooze sugeruje:

Błędem w myśleniu, że znajdujemy się w „nowej zimnej wojnie”, jest myślenie o niej jako o nowej. Zatrzymując kropkę po 1989 roku, przedwcześnie ogłaszamy zwycięstwo Zachodu. Z punktu widzenia Pekinu nie było końca historii, ale ciągłość – nieprzerwaną, rzecz jasna i wymagającą ciągłej reinterpretacji, jak to robi każda żywa tradycja polityczna, ale jednak ciągłość.

Innymi słowy, nie tylko zimna wojna rozegrała się inaczej w Azji Wschodniej niż w Europie, historia, znaczenie i lekcje z konfliktu są rozumiane znacznie inaczej w Pekinie niż w Waszyngtonie. Chiny bez wątpienia mają lekcje z historii ZSRR-USA Należy pamiętać o rywalizacji z czasów zimnej wojny, ponieważ odzwierciedla ona użyteczność wojen zastępczych jako narzędzia rywalizacji politycznej wielkich mocarstw. Analiza Dominica Tierneya dotycząca przyszłości wojny zastępczej chińsko-amerykańskiej zapewnia doskonały sposób oceny takich konfliktów, jeśli pojawią się zgodnie z jego oczekiwaniami.

Rewizjonizm historyczny można zastosować nie tylko do wydarzeń, ale także instytucji i praktyk. Od 11 września, jak przypominają nam Susan Bryant, Brett Swaney i Heidi Urben, wojsko cieszy się szczególnym szacunkiem w społeczeństwie amerykańskim. Ale jak pokazuje ich fascynujący przegląd, taka wyjątkowość może mieć swoją cenę: długo utrzymywane i pielęgnowane pojęcie nieideologicznego obywatela-żołnierza ustępuje miejsca bardziej upolitycznionemu i być może izolowanemu członkowi służby. Jim Golby i Hugh Liebert sugerują, że lekcje z historii starożytnej – szczególnie klasyczne dzieła Platona, Arystotelesa i Polibiusza – mogą zapewnić lepsze zrozumienie i przewodnik po ważnych normach cywilnej kontroli wojska.

My guess is that, like me, you will come away from this issue with a mix of reactions, from nodding acknowledgement to seeing an old problem in a different way to a fierce desire to contact the authors and argue with them. That is the desired outcome for any good journal. Challenging and revising history — and the assumptions and myths behind that history — is rarely comfortable, especially as the past provokes strong feelings for many people. I have long thought that an underappreciated but important measure of a nation’s underlying social and civic health is its ability to tolerate, and even encourage, historical revisionism. It is easy to forget how hard — and how rare — it is to create an intellectual, political, and socio-cultural environment that encourages a willingness to challenge any conviction, no matter how widely shared or deeply held. The results are often messy and contentious and unpopular. It is well worth the price, however. Historical revisionism —to ruthlessly examine and wrestle with our most treasured beliefs and assumptions — is a critical path to humility, understanding, and wisdom.

Francis J. Gavin is the chair of the editorial board of the Texas National Security Review. He is the Giovanni Agnelli Distinguished Professor and the inaugural director of the Henry A. Kissinger Center for Global Affairs at SAIS-Johns Hopkins University. His writings include Gold, Dollars, and Power: The Politics of International Monetary Relations, 1958-1971 (University of North Carolina Press, 2004) and Nuclear Statecraft: History and Strategy in America’s Atomic Age (Cornell University Press, 2012) oraz Covid-19 and World Order (Johns Hopkins University Press, 2020) co-edited with Hal Brands. Jego najnowsza książka to Nuclear Weapons and American Grand Strategy (Brookings Institution Press, 2020).


Ex-Ranger's tragic journey: From 1980 Olympic hero to a mental facility 40 years later

“Do you believe in miracles?” Al Michaels famously asked the nation after the USA Olympic hockey men’s team’s improbable 4-3 victory against the Soviet Union on February 22, 1980, at Lake Placid. It likely remains the most famous call in sports history.

Michaels answered his own question with an emphatic “Yes!” And as a 10-year old Long Island kid, I definitely concurred. The victory over the Soviet team left an indelible mark on me, not merely because it was a legitimately exhilarating sporting event, but because I witnessed a spontaneous outpouring of patriotism that wouldn’t be repeated until 9/11 — and then, only in the face of tragedy.

By 1980, Americans had somehow become the underdogs — or, at least, they began to think of themselves as ones. It’s no exaggeration to say that the 1970s had been a decade of frustration, of cultural lethargy, of rising criminality, of institutional failures, of perceived decline, and of sometimes crippling self-doubt. In the midst of a Cold War, in the midst of economic malaise, Americans hadn’t had a ton to celebrate.

In 1980, America and the Soviet Union — led by Leonid Brezhnev, here with then-President Jimmy Carter — were locked in the Cold War. Corbis/VCG via Getty Images

The game at Lake Placid may not have sparked the American revival but, in many ways, it would become the demarcation line between the sad-sack ’70s and economic renewal of the 1980s. The mystique of the moment would endure for a generation that grew up to see Soviet Union’s ignoble end.

I remember being swept up in the snowballing excitement of the tournament as the US first tied Sweden, then upset the favorite Czechoslovakians, before winning the “Miracle on Ice” game against Russia, and finally taking the gold by beating Finland.

Or at least, I retroactively remember myself in front of the TV cheering on Jim Craig and Mark Johnson and Rob McClanahan every step of the way. It’s highly possible, of course, that I was merely watching highlights and tape-delay moments offered by ABC in those largely pre-cable and pre-Internet days.

Team USA celebrates their incredible 4-3 victory over the Soviet Union, which was dubbed “The Miracle on Ice.” Getty Images

It doesn’t really matter. Legend should be impervious to details. To me, a kid whose parents had defected from Hungary to flee communism, the Soviets were malevolent creatures — grizzled cogs in a state-controlled team of super athletes, who dominated the world with their uncanny speed, size and precision. (Years later I would be lucky enough to have a conversation about the game with one of the Soviet players and let’s just say, the Russians did love their children, too.)

The Americans were kids, college students born in Massachusetts or Minnesota, brought together for only six months. Leading them was the stoic Herb Brooks, the future coach of the New York Rangers and New Jersey Devils. These were strangers, and yet I felt a weird kinship toward them.

It’s worth remembering, as well, that in 1980, the sport of hockey, which had never really come close to competing with the big three for fans, was even less recognizable to the average American than it is today. In the pre-Wayne Gretzky years, the sport was often portrayed, not without reason, as an orgy of brawling toothless goons rather than one of speed, skill and beauty. The only reason Michaels had even gotten the job of calling the hockey games at Lake Placid was that no other ABC announcer had really understood the game.

Rob McClanahan, Mark Johnson and goalie Jim Craig (from left) became instant heroes for a young Harsanyi watching as a 10-year-old in his Long Island living room.

That would all change soon. Everything seemed to change.

That was 40 years ago now. Considering the partisan rancor that has infected much of American life these days, the prospects of a collective and unbridled patriotism seem farther away than ever. In a free nation, there’s nothing abnormal about disagreement or vigorous debate. There are some things, however, that should bind us. Sports can do that. It did back then. Or at least, that’s how I remember it.

David Harsanyi is a senior writer at National Review. Twitter: @DavidHarsanyi


The Soviet-American Arms Race

John Swift examines a vital element of the Cold War and assesses the motives of the Superpowers.

The destruction of the Japanese cities of Hiroshima and Nagasaki by American atomic weapons in August 1945 began an arms race between the United States and the Soviet Union. This lasted until the signing of the Conventional Forces in Europe treaty of November 1990. An entire generation grew up under the shadow of imminent catastrophe. There were widespread fears that humanity could not survive. A single reckless leader, or even a mistake or misunderstanding, could initiate the extinction of mankind. Stockpiles of fearsome weapons were built up to levels far beyond any conceivable purpose, and only seemed to add to the uncertainty and instability of the age. Did Cold War leaders act irrationally through fear and distrust? Or was there a degree of rationality and reason behind the colossal arms build-up?

A New Superweapon?

The rapid surrender of Japan in 1945 certainly suggested that the United States possessed the most decisive of weapons. Indeed there is reason to suspect that the real purpose in using them was less to force a Japanese defeat than to warn the Soviet Union to be amenable to American wishes in the construction of the postwar world. As an aid to American diplomacy, however, the possession of atomic weapons proved of little value. The Soviet leadership quickly realised their limitations. The Americans, it was clear, would use them in defence of Western Europe in the face of a Soviet invasion – a step Joseph Stalin never seems to have seriously contemplated – but no American government could justify their use in order to force political reforms on Eastern Europe. Arguably Right: The test explosion of an American nuclear bomb in the Marshall Islands. John Swift examines a vital element of the Cold War and assesses the motives of the Superpowers. Soviet leaders became even more intransigent in negotiations, determined to show they would not be intimidated. Also, it was certain that the Soviet Union would develop atomic weapons of their own, and as rapidly as possible. This, the Americans assumed, would take between eight and 15 years, given the wartime devastation the Soviet Union had suffered.

This left the Americans to ponder the problems of security in an atomicallyarmed world. A single weapon could destroy a city. Also wartime experience had shown that there had been no defence against German V2 rockets. If, therefore, a warhead could be mounted on such a rocket, it would surely provide instant victory. Additionally, the Japanese attack on Pearl Harbor had taught that the surprise attack was the tool of aggressors. Peace-loving democracies would be terribly vulnerable. In consequence, some thought was given to international controls, under the auspices of the United Nations, to prevent any nation possessing these weapons. This was the basis of the Baruch Plan.

In 1946 American financier, and presidential adviser, Bernard Baruch proposed the dismantling of American weapons, international prohibition on the production of any more, and international co-operation in developing atomic energy for peaceful use under the strict supervision of an international body. But the Soviet Union would have to submit to that inspection regime, and the United States would not share its weapons technology. It is unclear how seriously president Harry S. Truman and his administration took these proposals. They sounded pious, and when the Soviet Union rejected them, which they did, the Americans scored considerable propaganda points – which may have been the whole point of the exercise.

Without international controls, the only defence seemed to be to threaten retaliation in kind if an atomic attack was ever made on the United States or its allies. As it proved extremely difficult to develop long-range missiles that were sufficiently reliable and accurate, initially that deterrence was provided by B36 bombers stationed in Britain and the Far East. But the Soviet Union tested its first atomic weapon in 1949, far earlier than had been expected. The shock of this made American stockpiles of nuclear bombs seem unconvincing. Truman, therefore, authorised the development of thermonuclear weapons, or hydrogen bombs. These yielded explosions of ten megatons (equivalent to 10,000,000 tons of TNT, whereas the bomb used on Hiroshima yielded the equivalent of 12,500 tons). But by 1953, the Soviet Union had caught up again. Meanwhile the United States began building its first effective long-range missile force. These included the Atlas and Titan ICBMs (Intercontinental Ballistic Missiles), the Jupiter and Thor IRBMs (Intermediate Range Ballistic Missiles) and the Polaris SLBM (Submarine Launched Ballistic Missile). The Americans maintained a technological lead over the Soviet Union, but this did not always appear to be the case. In October 1957 the Soviets launched Sputnik 1, the world’s first artificial satellite. This shocked the American public, who were unused to the thought of being within range of Soviet weapons, which they now seemed to be.

The Soviet leader, Nikita Khrushchev, made much of his nation’s technological prowess. In fact the technological lead and the strategic balance remained very much in America’s favour – but that did not prevent the American public believing in the existence of a ‘missile gap’ in favour of the Soviet Union. This in turn led John F. Kennedy, when he became president in 1961, to expand American missile forces much further. Kennedy’s presidency also saw the world stand on the brink of nuclear war during the Cuba Missile Crisis of October 1962. In its wake his Defence Secretary, Robert McNamara, moved to the strategy of MAD (Mutual Assured Destruction). This was intended to provide a degree of stability by accepting the complete destruction of both sides in an atomic exchange. Nothing could be done to prevent a devastating nuclear attack but the retaliation would still be launched, and both sides would suffer equally. This idea of mutual deterrence did have some advantages. If ICBMs were dispersed to hardened silos, and the SLBM fleet sufficiently undetectable, then enough would survive to retaliate. A surprise attack would benefit nobody. Also it would render it unnecessary to keep building ever more missiles, just to retain a degree of parity. It would thus surely make some form of negotiated limits on missile numbers possible.

Criticism of Mutual Deterrence

There were aspects of MAD that many found objectionable. Future president Ronald Reagan felt it was defeatist, and held that the United States should be defended, whereas proponents of MAD insisted it could only work if deterrence was mutual and both sides remained equally vulnerable. Peace campaigners had other concerns. MAD seemed to offer only a perpetual threat of war. They feared that in such circumstances, war could not be avoided permanently. Despite the best intentions of political leaders, a mistake or an accident must at some point push the world over the edge. Also there were arguments that deterrence did not keep the peace, but caused war. Deterrence required not only ability (the possession of the weapons), it also needed the perception of resolve (the other side must believe in the willingness to actually launch the missiles if necessary). This in turn required both sides to show resolve. The best way to show willingness to launch death and destruction on a world scale, was to launch it on a smaller scale. Thus many of the wars of the Cold War, it was argued, such as Vietnam and Afghanistan, were caused, at least in part, by the deterrence strategy.

Peace campaigners were also among those who addressed the question of how much deterrence was needed. During the Cuba Missile Crisis, Kennedy had the option of launching air-strikes to destroy the missiles in Cuba. But when he learned that a handful of them were likely to survive, he rejected that option for fear they might be launched. A little deterrence obviously can go a long way. Yet by the mid 1970s peace research groups, such as the Stockholm International Peace Research Institute, were variously reporting that enough atomic weaponry had been stockpiled to exterminate humanity 690 times. At the same time, work on chemical and biological warfare (CBW) was making rapid progress. Diseases such as anthrax and glanders, which could kill virtually everyone who contracted them, could easily be spread. Other biological agents could target livestock or crops to cause famine. The risks of an epidemic destroying its originators merely added to the inherent horrors of such weapons.

Strategic Arms Limitation Talks (SALT)

That some form of agreement over missile numbers would have to be found was obvious. The greater the stockpiles of weapons, the more horrifying the potential consequences of escalating confrontations became. Even the development of small-yield, tactical, or battlefield nuclear weapons did little to suggest that even a limited nuclear engagement would be less than catastrophic. In the 1950s the United States Army undertook military exercises, such as operations Sage Brush and Carte Blanche, to see if such weapons could be used to defend West Germany from Soviet invasion. The conclusion reached was that they might – but only after West Germany had virtually ceased to exist. As early as the mid 1950s it was generally accepted that in a nuclear war the concept of a victory was ludicrous. There developed a widespread pessimism that in a post-nuclear war world, suffering destruction, chaos, nuclear fallout, famine and disease, the survivors would envy the dead.

Some steps to ease tensions had been taken. Badly shaken by their nearness to disaster during the Cuba Missile Crisis, Kennedy and Khrushchev had installed a hotline (in reality a teletype line connecting the Whitehouse and the Kremlin, so that both leaders could act quickly to diffuse crises). They also agreed on a Partial Test Ban Treaty, moving test detonations of nuclear weapons underground, which did something to reduce atmospheric radioactive contamination from such tests. Furthermore they agreed not to station nuclear missiles in space or on the seabed, which neither had the technology to do anyway. Also, to prevent those countries that did not already possess nuclear weapons gaining them, in 1968 the Non Proliferation Treaty was signed. By this, nations who either lacked the technology or the desire to own them, agreed not to build nuclear weapons and to allow international inspection of their nuclear facilities – providing, that is, that the nuclear powers undertook to completely disarm at the earliest opportunity. Other nations who had (or hoped to gain) the technology, and had the will, such as North Korea, Israel, Pakistan and India, either refused to sign or subsequently withdrew from it. All soon gained nuclear weapons that threatened to begin regional arms races.

But a solid agreement between the two main Cold War protagonists limiting the stockpiles of nuclear weapons proved very difficult to find. President Eisenhower, in 1955, had urged an agreement on ‘open skies’. By this, both sides would be free to over-fly each other’s military bases. This would allow the verification that both were adhering to a future arms control agreement. The Soviets promptly rejected the idea. They did not possess the aircraft to over-fly US bases, and saw it as an American attempt to legitimise spying. To the Americans, strict verification of Soviet compliance remained fundamental to any agreement. Herein lay a basic problem. Both sides were convinced of their own moral superiority. It was the other side who could not be trusted, and they reacted with astonished outrage when their own good intentions were questioned.

But simply building ever more weapons was futile, costly and dangerous. By 2000 it is thought that there had been over 30 ‘broken arrows’, or accidents involving nuclear weapons, and perhaps six warheads had been lost at sea and never recovered. Also during the 1960s a new technological development arose that threatened whatever stability MAD offered. This came from the Anti-Ballistic Missile (ABM) system. This defensive system was designed to intercept and destroy ICBMs in flight. Despite being in its infancy and having very limited reliability, it might tempt a reckless leader to gamble on surviving retaliation and launch a surprise attack. Deterrence would only work if it was mutual, and if both sides were sure the other could not survive a nuclear exchange. Yet ABM would require sophisticated radar systems and its missiles would have to be deployed in huge numbers to defend a nation, and it promised to be impossibly expensive. It would also result in a new surge in constructing missiles in order to have the ability to swamp the enemy ABM system. By 1967 therefore US president Lyndon Johnson and Soviet premier Alexey Kosygin were ready to open negotiations.

The American position was that both sides should agree to abandon ABM systems, so that both would remain defenceless and deterrence would continue to be mutual. This was not easy for the Soviet negotiators to accept. They felt they had a duty to defend their citizens, and that defensive weapons were moral, while offensive weapons were immoral. It took five years to negotiate the first Strategic Arms Limitation Treaty (SALT I). The United States and the Soviet Union agreed to limit themselves to two ABM sites each, when there was only one, around Moscow, in existence. This was subsequently reduced to one each, and the Soviets chose to defend Moscow, while the Americans defended an ICBM site. It was further agreed there would be no new land-based ICBMs beyond agreed numbers and no new missile submarines beyond those under construction.

Superficially this might have seemed a considerable step forward, but the agreement was reached as newer technology was being deployed. With the introduction of Multiple Independentlytargeted Re-entry Vehicles (MIRV), a single missile could carry several warheads and attack several separate targets – up to 12 in the case of some American missiles. There was no limit on modernising or replacing existing missiles to carry MIRV (and later MARV, or Manoeuvrable Re-entry Vehicle, which could change target in flight.) In fact SALT I allowed for a major expansion of nuclear weapons, and the signing of SALT II in 1979, which was ultimately to lead to a limit of 2,250 delivery systems (missiles, aircraft and submarines), did little to alter this. Even then the US Congress refused to ratify the latter Treaty, arguing that the Soviet Union had gained too much advantage in the agreement. Both sides, however, indicated they would adhere to the terms, as long as the other did. Even then, the development of cruise missile technology, which produced cheap, easily transportable and concealable weapons, opened new problems for verification measures.

Excesses of the Nuclear Arms Build-Up

The question addressed by peace campaigners, of how much deterrence was needed, was addressed by government and military institutions on both sides. An American study considered how many 100 megaton thermonuclear weapons would be needed to utterly destroy the Soviet Union. It found that after 400 or so detonations there would be nothing left worth attacking. Further detonations would be ‘making the rubble bounce’, or targeting isolated shepherds. Unquestionably the Soviets performed a similar study and reached a very similar conclusion. Of course the situation was a little more complicated. Some missiles would be destroyed in a surprise attack. Others would be intercepted or simply miss their targets. Others would fail to launch or be undergoing routine servicing. A degree of redundancy was needed, say four-fold. By this logic, neither side needed to go beyond the expense and inherent risks of producing more than 1600 warheads. But by 1985 the United States could deliver nearly 20,000 and the Soviet Union well over 11,000. Why did such an irrational state of affairs come about?

From the 1970s there was a considerable amount of research studying this question, and a number of factors have been suggested that might explain this degree of overkill. One is the competition between and within the armed services of a state. Any major arms programme carries with it prestige and resources and also secures careers for the service responsible for it. With nuclear weapons obviously intended as the mainstay of American defence strategy for decades, if not generations to come, all services campaigned to win a role in their deployment. Thus the United States Navy insisted on the superiority of the SLBM to prevent the United States Air Force gaining a monopoly over missile deployment. The United States Army, for its part, clamoured for battlefield nuclear weapons so as not to be excluded. Also within the army, for example, different sections demanded either nuclear artillery shells or ground launched cruise missiles.

All services lobbied government for a larger slice of the pie. But this does not necessarily explain why the size of the pie kept growing. Governments were not obliged to concede every demand made upon them by their own military. A similar argument can be used when addressing the issue of bureaucratic politics, where a similar process of competition for the resources, prestige and careers made available by the arms race existed between government agencies and departments.

Another possible factor explaining the nuclear build-up lies within the nature of the political and social systems involved. The fears and uncertainties of a nation can be exploited. Governments, it has been suggested, used the arms race to fuel fears of a foreign threat to enhance patriotism, national unity and their own authority. The arms race could be seen as a cynical exercise in social control. Both Soviet and American observers often accused their Cold War opponents of such squalid motives. But it remains a conspiracy theory based on intuition rather than fact, and should be treated with considerable caution.

A similar degree of caution should be used when ascribing the arms race to the military-industrial complex. This assumes that the arms manufacturers have a common interest in fostering a climate of fear to increase sales to the military. They are assumed to foster moral panics of the kind that followed the launch of Sputnik, so that the public will clamour for military expansion.

In the United States most major weapons systems are produced by about eight large corporations. Between them they represent a huge investment in productive capacity and expertise. They are seen as vital and irreplaceable national assets, and cannot be allowed to go bankrupt. If in trouble, the US government will always be tempted to bail them out with hefty orders. Also, within research laboratories, the development of new weapons had become the norm, and the arms race had developed a measure of organisational momentum. They represent great investments that make it difficult to justify halting. But how does this work in the Soviet Union, where the profitability of arms manufacturers was no great issue?

Electoral politics can, perhaps, supply another explanation. The claim that the nation was in danger, and that the incumbent administration was imperilling the United States by allowing a ‘missile gap’ to develop was certainly used to great effect by Kennedy in the 1960 presidential elections. It was a simple message, easily grasped by the electorate, accompanied by a simple solution – spend more money on defence. Once in office Kennedy found there was no ‘missile gap’, but expanded America’s missile forces in part, at least, to prevent a future opponent levelling similar accusations against him. At a lower level, congressmen of constituencies where warships, for instance, are constructed will constantly stress the Soviet naval threat. The more warships built, the more local jobs, and the more votes that might be won. This is perhaps a more convincing argument. But how could it be applied to the Soviet Union? As an explanation it is at best only partial.

Also, it is simply logical to respond to the actions of a potential enemy to negate any possible advantage they might gain. Thus if deterrence was to be the strategy, then the risk posed by ABM needed to be countered by MIRV and then MARV, to swamp or outfox it. Furthermore there was always the tantalizing possibility that research might find the ultimate weapon, or the impenetrable defence. As the arms race progressed the chances of this happening became increasingly unlikely. But could a state take the risk of ignoring the possibility? When in 1983 Reagan unveiled his Strategic Defence Initiative (SDI), which envisaged a network of orbiting lasers, particle beams and intercepting darts to destroy ICBMs in flight, it was widely treated with derision in the United States, where the press jeeringly referred to it as ‘Star Wars’, after the science fiction film. But could the Soviet Union afford to assume it would never work and ignore it? It certainly caused Soviet leader Mikhail Gorbachev considerable anxiety.

Added to this was the simple fact that, in the arms race, the United States had the much stronger economy. Part of the logic of proceeding with SDI was that, eventually, the arms race would cripple the Soviet economy. This is in fact what was happening. By the 1980s the strain of keeping abreast in the arms race was causing unsustainable strains on the Soviet Union, paving the way for a complete re-alignment of East-West relations.

A final, perhaps even more attractive, point comes if the arms race is viewed as a measure of political will. The fact that it existed was not necessarily a sign that war must come, but simply proof that both sides were competing. It might even be seen as a relatively low risk form of competition. Competing by building weapons is, after all, a much better than competing by using them. But it must be said, even from such a perspective, had some error or mishandled crisis ever led these weapons to be used, the consequences for the world would have been too terrible to contemplate. Arguably by confining their competition to the sports field, or not competing at all, both sides would have served humanity far better.


Zombies

I've always liked Zombies, but this is the first time in a while that I've felt like I actually learned and improved after each run. A big part of that is the map design--Die Maschine is just the right size, with enough room that everyone can kite their own crowd of zombies but small enough that it doesn't take ages to learn the map basics. It only took a handful of runs to figure out which doors to unlock and when, how to get the power on, and how to unlock the Pack-a-Punch machine once we found a rhythm for the opening rounds, we could just focus on getting better and surviving longer.

However, while the learning curve is manageable, the difficulty curve could use some tweaks. It ramps up rapidly after round 10, as base weapons start to get less and less effective. On top of upgrading weapons at the Pack-a-Punch machine using points, you also have to upgrade their damage tier separately using salvage, which drops from zombies at random. Salvage is very rare compared to points, so you'll end up packing a weapon twice before round 20 but unable to upgrade its damage tier to match. Your ability to do damage can stall out as a result.

The inclusion of damage tiers on top of the traditional Pack-a-Punch makes upgrading a weapon a bit more convoluted than it really needs to be. Salvage is also used to upgrade your armor and craft equipment like grenades, meaning you often have to decide between upgrading a weapon or something else. It's a mechanic that's really in need of balancing--even with a weapon attachment that's supposed to increase the rate of salvage drops, I still struggle to get enough to do everything I need to do.

There are also radioactive bosses that join the normal zombie horde every few rounds, which exacerbates this issue. These bosses are really spongy, they eat a działka of bullets, and they survive between rounds. By round 20, we end up spending a good amount of our points at ammo crates just to keep up. Because packing a weapon the final time costs a whopping 30,000 points, it's difficult to save up enough points to get the final upgrade, let alone survive long enough without the damage boost you'll get from it. It's even harder once the game throws three of them at you at once.

The bosses themselves challenge you to coordinate with your team, though, and we found some success by kiting a lone zombie around the map while we dealt with the bosses. Delaying the start of a new round this way isn't a new strategy for Zombies, of course, but it's still satisfying to execute, especially while dodging radioactive projectiles and trading off runs to the ammo crates. It's just that the boss rounds occur too close together to give you and your team room to breathe.

Die Maschine is just the right size, with enough room that everyone can kite their own crowd of zombies but small enough that it doesn't take ages to learn the map basics.

The biggest issue plaguing Zombies at the moment, though, is a bevy of server and matchmaking hiccups. I spend 10-15 minutes just troubleshooting matchmaking before my team and I can actually start playing, and it's not uncommon for one person to randomly error out right as the run is starting. I've experienced this both when utilizing cross-play and when playing with only PS5 players. We've also had both PS5 and Xbox Series X players experience hard crashes that completely shut off their systems. Technical issues like these are forgivable in the grand scheme, considering Cold War is cross-gen on top of allowing cross-play oraz launched in the middle of a pandemic. Still, it's worth noting that there are still a lot of issues to be ironed out.

It's reasonable to expect updates to Cold War at a steady clip. Weapons will be tweaked, issues will be patched, and gameplay will be balanced. Zombies has a strong foundation and may very well be improved further by potential updates, but the gap between multiplayer and the Warzone ecosystem is too wide to be bridged by small tweaks. Zombies is a good co-op time overall, but multiplayer falls flat, leaving the strong campaign to do most of the heavy lifting.

Call of Duty: Black Ops Cold War is featured on our list of the best split-screen PS4 games.


Obejrzyj wideo: Canabinoid - Canabinoid Full Album 2020