Pamiętniki generała Ulyssesa S. Granta

Pamiętniki generała Ulyssesa S. Granta


We are searching data for your request:

Forums and discussions:
Manuals and reference books:
Data from registers:
Wait the end of the search in all databases.
Upon completion, a link will appear to access the found materials.

Szkoły, o których piszę, były bardzo obojętne. Nie było wolnych szkół i żadnej, w której uczeni byliby klasyfikowani. Wszyscy otrzymywali subskrypcję, a jeden nauczyciel — który często był mężczyzną lub kobietą niezdolną do nauczania zbyt wiele, nawet jeśli przekazywał wszystko, co wiedział — miał trzydziestu lub czterdziestu uczonych, mężczyzn i kobiet, od niemowlęcia uczącego się ABC. Zależy od osiemnastoletniej damy i dwudziestoletniego chłopca, studiujących najwyższe nauczane gałęzie — trzy „R”: „Czytanie, Rytmetyka”. Nigdy nie widziałem algebry lub innej pracy matematycznej wyższej niż arytmetyka w Georgetown, dopóki nie zostałem mianowany do West Point. Kupiłem wtedy pracę o algebrze w Cincinnati; ale nie mając nauczyciela, to było dla mnie greckie.

Moje życie w Georgetown przebiegało spokojnie. Od piątego lub szóstego roku życia do siedemnastego roku uczęszczałem do wiejskich szkół subskrypcyjnych, z wyjątkiem zim 1836-7 i 1838-9. Poprzedni okres spędził w Maysville w stanie Kentucky, uczęszczając do szkoły Richardsona i Rand; ten ostatni w Ripley, Ohio, w prywatnej szkole. Z przyzwyczajenia nie byłem pilny i prawdopodobnie nie robiłem postępów na tyle, by zrekompensować nakłady na wyżywienie i czesne. W każdym razie obie zimy spędziliśmy na przerabianiu tej samej starej arytmetyki, którą znałem wcześniej, i powtarzaniu: „Rzeczownik to nazwa rzeczy”, co słyszałem również od moich nauczycieli z Georgetown, dopóki nie przyjechałem. aby w to uwierzyć – ale nie rzucam refleksji na mojego starego nauczyciela, Richardsona. Ze swojej szkoły okazał się błyskotliwymi uczonymi, z których wielu zajęło rzucające się w oczy miejsca w służbie swoim państwom. Dwóch moich współczesnych tam – którzy, jak sądzę, nigdy nie uczęszczali do żadnej innej instytucji edukacyjnej – zajmowali miejsca w Kongresie i jeden, jeśli nie oba, inne wysokie urzędy; są to Wadsworth i Brewster.

Mój ojciec, od najwcześniejszych wspomnień, znajdował się w dogodnych warunkach, biorąc pod uwagę czasy, miejsce jego zamieszkania i społeczność, w której żył. Pamiętając o własnym braku możliwości zdobycia wykształcenia, jego największym pragnieniem w dojrzałych latach było wykształcenie swoich dzieci. W konsekwencji, jak już wcześniej wspomniałem, nigdy nie opuściłem szkoły ani kwadransa od czasu, gdy byłem na tyle dojrzały, by uczęszczać do szkoły, aż do wyjścia z domu. To nie zwalniało mnie z pracy. W młodości wszyscy pracowali mniej więcej w regionie, w którym spędziłem młodość, i to bardziej proporcjonalnie do swoich prywatnych środków. Tylko najbiedniejsi byli zwolnieni. Podczas gdy mój ojciec zajmował się produkcją skór i sam pracował w handlu, posiadał i uprawiał znaczną ziemię. nienawidziłem tego rzemiosła, wolałem prawie każdą inną pracę; ale lubiłem rolnictwo i wszelkie zajęcia, w których używano koni. Mieliśmy, między innymi, pięćdziesiąt akrów lasu w promieniu mili od wioski. Jesienią tego roku zatrudniono siekacze do ścinania drewna na dwanaście miesięcy. Kiedy miałem siedem lub osiem lat, zacząłem wywoływać całe drewno używane w domu i sklepach. Nie mogłem wtedy oczywiście załadować tego na wagony, ale mogłem jeździć, a śmigłowce ładowałyby, a ktoś w domu rozładowywał. Kiedy miałem około jedenastu lat, byłem już na tyle silny, by trzymać pług. Od tamtego wieku aż do siedemnastego roku życia wykonywałem wszystkie prace związane z końmi, takie jak rozdrabnianie ziemi, bruzdowanie, orka kukurydzy i ziemniaków, przynoszenie plonów po żniwach, ciągnięcie całego drewna, oprócz doglądania dwóch lub trzech koni, krowy lub po drugie, piłowanie drewna do pieców itp., będąc jeszcze w szkole. Za to rekompensowało mi to, że moi rodzice nigdy nie zbesztali ani nie ukarali; nie sprzeciwia się racjonalnym przyjemnościom, takim jak łowienie ryb, pływanie w oddalonym o milę potoku latem, jazda na koniu i odwiedzanie dziadków w sąsiednim hrabstwie, piętnaście mil stąd, jazda na łyżwach zimą na łyżwach lub zabranie konia i sanie, gdy na ziemi leżał śnieg.

Kiedy byłem jeszcze całkiem młody, odwiedziłem kilka razy samotnie Cincinnati, oddalone o czterdzieści pięć mil; często także Maysville, Kentucky, a kiedyś Louisville. Podróż do Louisville była wielką podróżą dla chłopca tego dnia. Raz pojechałem też dwukonną powozem do Chilicothe, około siedemdziesięciu mil, z rodziną sąsiada, która przeprowadzała się do Toledo w stanie Ohio i wracała sama; i kiedyś udał się w podobny sposób do Flat Rock w Kentucky, około siedemdziesięciu mil dalej. Przy tej ostatniej okazji miałem piętnaście lat. Podczas pobytu w Flat Rock, w domu pana Payne'a, którego odwiedziłem z jego bratem, naszym sąsiadem w Georgetown, zobaczyłem bardzo pięknego konia wierzchowego, którego raczej pożądałem i zaproponowałem panu Payne'owi, właściciela, żeby wymienić go na jednego z dwóch, którymi jeździłem. Payne wahał się, czy handlować z chłopcem, ale zapytawszy o to swojego brata, ten powiedział mu, że wszystko będzie w porządku, że wolno mi robić z końmi, co mi się podoba. Byłem siedemdziesiąt mil od domu, z powozem do odebrania, a pan Payne powiedział, że nie wie, że jego koń miał kiedykolwiek obrożę. Poprosiłem, żeby go przyczepić do wozu rolniczego i wkrótce zobaczymy, czy będzie pracował. Wkrótce stało się jasne, że koń nigdy wcześniej nie nosił uprzęży; ale nie wykazywał złośliwości, a ja wyraziłem pewność, że dam sobie radę. Od razu doszło do transakcji, otrzymałem dziesięć dolarów różnicy.

Następnego dnia pan Payne z Georgetown i ja wyruszyliśmy w drogę powrotną. Przez kilka kilometrów dogadywaliśmy się bardzo dobrze, kiedy natknęliśmy się na dzikiego psa, który wystraszył konie i zmusił je do biegania. Nowe zwierzę kopało przy każdym skoku, jaki wykonał. Zatrzymałem jednak konie, zanim wyrządzono jakąkolwiek szkodę i nie wpadając na nic. Po chwili odpoczynku, aby uspokoić ich obawy, zaczęliśmy od nowa. W tej samej chwili nowy koń kopnął i znów zaczął biec. Droga, na której jechaliśmy, uderzyła w rogatkę w odległości pół mili od miejsca, w którym rozpoczynała się druga ucieczka, a po przeciwnej stronie znajdował się nasyp głęboki na dwadzieścia lub więcej stóp. Zatrzymałem konie na samym skraju przepaści. Mój nowy koń był strasznie przestraszony i drżał jak osika; ale nie był nawet w połowie tak przerażony jak mój towarzysz, pan Payne, który opuścił mnie po tym ostatnim przeżyciu i pojechał wagonem towarowym do Maysville. Za każdym razem, gdy próbowałem zacząć, mój nowy koń zaczynał kopać. Przez pewien czas miałem dylemat. Kiedyś w Maysville mogłem pożyczyć konia od mieszkającego tam wujka; ale od tego momentu dzieliło mnie więcej niż dzień podróży. W końcu wyjąłem bandanę – rodzaj chusteczki w tamtych czasach powszechnego użytku – i zawiązałem oczy mojemu koniowi. W ten sposób dotarłem bezpiecznie do Maysville następnego dnia, bez wątpienia ku zaskoczeniu mojego przyjaciela. Tutaj pożyczyłem konia od wujka i następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę.

Mniej więcej połowę moich dni szkolnych w Georgetown spędziłem w szkole Johna D. White'a, mieszkańca Północnej Karoliny i ojca Chiltona White'a, który reprezentował okręg w Kongresie przez jedną kadencję podczas buntu. Pan White zawsze był demokratą w polityce, a Chilton podążał za swoim ojcem. Miał dwóch starszych braci — wszyscy trzej byli moimi kolegami ze szkoły ich ojca — którzy nie szli tą samą drogą. Drugi brat zmarł przed wybuchem buntu; był wigiem, a potem republikaninem. Jego najstarszy brat był republikaninem i odważnym żołnierzem podczas buntu. Chilton podobno opowiadał o moim wcześniejszym handlu końmi. Jak opowiadał, w promieniu kilku mil od wioski mieszkał pan Ralston, który posiadał źrebaka, którego bardzo chciałem. Ojciec zaoferował za to dwadzieścia dolarów, ale Ralston chciał dwadzieścia pięć. Tak bardzo chciałem mieć źrebaka, że ​​po odejściu właściciela błagałem, abym mógł go zabrać za żądaną cenę. Mój ojciec ustąpił, ale powiedział, że wart jest tylko dwadzieścia dolarów, i kazał mi zaoferować tę cenę; jeśli nie została przyjęta, miałam ofiarować dwadzieścia dwa i pół, a jeśli to go nie dostało, dać dwadzieścia pięć. Natychmiast dosiadłem konia i poszedłem po źrebaka. Kiedy dotarłem do domu pana Ralstona, powiedziałem mu: „Papa mówi, że mogę ci zaoferować dwadzieścia dolarów za źrebaka, ale jeśli tego nie przyjmiesz, mam zaoferować dwadzieścia dwa i pół, a jeśli ty nie przyjmę tego, żeby dać ci dwadzieścia pięć. Człowiek z Connecticut nie musiałby odgadywać ostatecznie uzgodnionej ceny. Ta historia jest prawie prawdziwa. Z pewnością bardzo jasno pokazałem, że przyszedłem po źrebaka i chciałem go mieć. Nie mogłem wtedy mieć więcej niż osiem lat. Ta transakcja spowodowała u mnie ogromne bicie serca. Opowieść rozeszła się wśród chłopców z wioski i minęło dużo czasu, zanim usłyszałem o niej ostatnią. Chłopcy cieszą się nieszczęściem swoich towarzyszy, przynajmniej w tamtych czasach chłopcy ze wsi, aw późniejszym życiu przekonałem się, że wszyscy dorośli nie są wolni od tej osobliwości. Trzymałem konia aż do czwartego roku życia, kiedy stracił wzrok, i sprzedałem go za dwadzieścia dolarów. Kiedy poszedłem do Maysville do szkoły w 1836 roku, w wieku czternastu lat, rozpoznałem w moim źrebaku jednego ze ślepych koni pracujących na kole deptaku promu.

Opisałem wystarczająco dużo mojego wczesnego życia, aby dać wrażenie całości. nie lubiłem pracować; ale robiłem to samo, gdy byłem młody, ponieważ dorośli mężczyźni mogą być zatrudniani w tych dniach, a jednocześnie uczęszczałem do szkoły. Miałem tyle samo przywilejów, co każdy chłopiec w wiosce i prawdopodobnie więcej niż większość z nich. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek został ukarany w domu, łajaniem lub rózgą. Ale w szkole sprawa była inna. Wędka była tam swobodnie używana i nie byłem wolny od jej wpływu. Widzę teraz Johna D. White'a — nauczyciela w szkole — z długim bukowym przełącznikiem zawsze w dłoni. Nie zawsze był taki sam. Przełączniki przynieśli w wiązkach z bukowego drewna w pobliżu domu szkolnego chłopcy, na rzecz których były przeznaczone. Często w ciągu jednego dnia zużywano cały pakiet. Nigdy nie miałem żadnych urazów do mojego nauczyciela, ani podczas uczęszczania do szkoły, ani w późniejszych latach, kiedy zastanawiałem się nad moim doświadczeniem. White był człowiekiem o dobrym sercu i był bardzo szanowany przez społeczność, w której żył. Kierował się tylko powszechnym zwyczajem tego okresu i tym, pod którym otrzymał własną edukację.

<-Back | UP | Next->


Obejrzyj wideo: Grant: The Legacy of Ulysses S. Grant. History


Uwagi:

  1. Galvyn

    W tym przypadku wszyscy.

  2. Charro

    Let us not delude ourselves on this point.

  3. Montez

    absolutnie się zgadzam

  4. Tezcacoatl

    MOOD IS JUST UNDERSTANDING IN THE DIRECT SENSE OF THE WORD

  5. Fallon

    Jestem pewien, co to jest - fałszywy sposób.



Napisać wiadomość